Strona główna » Spis treści » Usypianie dzieci – jak żyć jak dzieci nie chcą spać?

Usypianie dzieci – jak żyć jak dzieci nie chcą spać?

Usypianie dzieci zawsze było dla mnie trudne. Cała moja rodzina to są raczej nocne marki i dzieci to również dotyczy. Były czasy, że tak mnie to dobijało nerwowo, że zdarzało mi się wybuchać i wrzeszczeć na dzieci np. „PORA SPAĆ!!!”, a później cały wieczór spędzić na taplaniu się w poczuciu winy po czubek głowy i samobiczowaniu, że jestem złą matką i mam za słabą siłę woli.

Kto usypiał dzieci przez 3 godziny czekając aż wreszcie sobie pochilluje w ciszy i zadba o swoje potrzeby ten wie jakie to jest wyzwanie emocjonalne, żeby trzymać nerwy na wodzy gdy dzieci o godzinie 21:40 w najlepsze wymyślają najróżniejsze wariactwa zamiast usypiać jak aniołki.

Nie jestem z tego dumna i wiem, że tak im nie pomagałam zasnąć, ale tak właśnie czasem miałam. Nie dawałam rady. Teraz trochę lepiej wiem jak dbać o swoje potrzeby ZANIM baterie mi się wyczerpią i mam dużo większą odporność na frustrację i sprawy nie toczące się po mojej myśli. W ciągu ostatnich dwóch tygodni byłam kilka razy na basenie, wiele razy na rowerze (choćby krótkie przejażdżki od-do), byłam na spotkaniach towarzyskich, masażu, dałam sobie trochę czasu na kreatywność i shopping na luzie w formie łażenia po sklepach i oglądania. Gdy jestem tak zaopiekowana i zadbana przez samą siebie, nawet jak dzieciaki wrzeszczą w łóżkach „HOP HOP BOOGIE!!!! HOP HOP BOOOGIE!!!! OM NOM MYM MAM MOOOOM” o godzinie 20:45 moja zbroja jest twarda i biorę to na klatę.

Mimo tego i tak byłam zniecierpliwiona dziś gdy usypianie nie szło po mojej myśli i o 21 zaczęły się żądania drugiej kolacji (no pewnie po 3h śpiewnia HOP HOP BOOOGIE i zabawy w łóżkach też bym zrobiła się głodna). Powiem wam co robię osobiście dla siebie (i dla moich dzieci), żeby nie wyczerpać się psychicznie podczas takiego usypiania i wieczoru, który chciałabym spędzić dla siebie i ze sobą (albo z mężem) a nie wyciszając domowe zoo i biegając od łóżeczka do nocnika i do lodówki ;-).

Nie czekam już ze swoim odpoczynkiem aż dzieci zasną

Kiedyś uważałam, że jak spędzam czas z dziećmi to on ma być w 100% dla dzieci, pełna koncentracja na dzieciach i moje potrzeby to w ogóle gdzieś kiedyś jak oni zasną, jak dorosną, jak będą dobre okoliczności i sprzyjające warunki i tak dalej. To było podejście, które szkodziło mi i szkodziło całej naszej rodzinie. To było podejście przez które odmawiałam sobie spełniania swoich potrzeb, wyczerpywałam swoje baterie do zera i stawałam się okropną osobą, czego później żałowałam i taplałam się w poczuciu winy i samobiczowaniu nad tym jaką jestem słabą i złą jednostką ludzką i że w ogóle się nie nadaję do niczego.

Nauczyłam się, że jeśli chcę być dobra, empatyczna i responsywna emocjonalnie dla moich dzieci to muszę zadbać o swoje potrzeby i regeneracje zasobów psychicznych na długo zanim one zaczną się wyczerpywać, a moje dzieci mnie doprowadzać do wściekłości. To nie dzieci, te małe ludzkie istoty przypominające nieco wydłużone pączki doprowadzają nas do wściekłości. Do wściekłości doprowadzają nas okoliczności w których czujemy się jak w pułapce, uwięzieni i niespełnieni, obdarci z realizacji podstawowych potrzeb i z odpoczynku. Tak, dzieci się przyczyniają do tych okoliczności, ale to nie jest ich wina. Wściekłość to uczucie, które pojawia się w odpowiedzi na uczucie uwięzienia. Jeśli czujesz wściekłość wobec dzieci, na przykład podczas wielogodzinnego usypiania, tak jak ja miewałam, to znak, że zaniedbujesz swoje potrzeby i czujesz się uwięziona w swoim życiu. Możesz to zmienić 🙂. Spróbuj czasem postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu i dowiedz się co regeneruje Twoje baterie.

Gdy mam dość usypiania, robię coś miłego dla siebie

Gdy mam dość czynnego usypiania dzieci i towarzyszenia im w zasypianiu, gdy czuję, że moja frustracja rośnie i zaczynam sobie myśleć „dlaczego oni jeszcze nie śpią, a ja nie mogę….” to po prostu zaczynam zaspokajać swoje potrzeby odpoczynku i relaksu. To nie dzieci nam zakazują czegoś przecież, tylko nasze wyobrażenie o tym jak powinno wyglądać usypianie dzieci, jak powinna wyglądać nasza rola w tym procesie i jak powinien wyglądać „idealny” wieczór. Ja oczywiście takie wyobrażenia żywię i różnią się one od wyobrażeń Twoich, moich sąsiadów czy moich przyjaciół. Każdy ma inne.

Na przykład uważam, że małe dzieci (w tym momencie lvl 2 i lvl 3,5) nie powinny oglądać biernie telewizji wieczorem, zwłaszcza filmów i programów, które są przeznaczone dla dorosłych i młodzieży z szybką akcją itd. Więc tego typu relaks wieczorny dla mnie odpada póki dzieci nie zasną. Uważam też, że jednak małe dzieci powinny wypoczywać od tej 20-21 w łóżku, więc nie odpuszczam całkowicie tego całego usypiania, staram się ich poprowadzić i wyciszyć i nie pozwalam im robić co chcą póki nie odpadną z przemęczenia (choć testowałam przez jakiś czas to podejście i skutkowało chodzeniem spać o 23).

Co więc robię jak mam dość i nie chcę już tkwić uwięziona w pokoju dzieci i czekać aż zasną? Na przykład biorę książkę i zaczynam czytać. Wiadomo, w pierwszej reakcji one zaczynają się tym interesować, czasem wchodzą mi na tą książkę, pytają co to jest, zagadują, próbują przewracać strony krzycząc „DALEJ!!!”, mówią, że chcą poczytać ze mną i tak dalej. Ja staram się spokojnie i wytrwale mówić „teraz ja czytam. To jest mój czas na odpoczynek i czytanie książki. Jutro poczytamy razem. Teraz nie czytamy razem, teraz jest czas na wasz odpoczynek. Połóż się do łóżka. Odpocznij już” itd. Po krótkim czasie tego typu komunikatów i nie reagowania na zaczepki dają mi spokój i dalej usypiają na swój sposób.

Nie zawsze mam ochotę na czytanie książki. Czasem sobie rysuję. Czasem siedzę na telefonie, zupełnie bez poczucia winy i olewając już moje dzieci. Wychodzę z założenia, że jeśli jest np. po 21 to już jest czas na mój relaks i robienie tego na co ja mam ochotę (w granicach bezpiecznych dla moich dzieci). Na zaczepki i próby włączenia się w moją aktywność wytrwale stawiam granice, że to jest mój czas odpoczynku i że robię to sama. Bardzo szybko to akceptują i dają przestrzeń do regeneracji nerwów ;-).

Dzieci na tym korzystają, a nie tracą

Wtedy już nie czuję, że dzieci mi odbierają czas na relaks i odpoczynek. Jednocześnie uczę też dzieci ważnych rzeczy. Dzieci uczą się ode mnie, że można realizować swoje potrzeby, nawet jeśli trzeba odmówić wtedy czegoś innym bliskim osobom. Uczą się jak to konkretnie zrobić. Uczą się, że każdy człowiek ma jakieś limity i granice. Uczą się, że można czasem postawić siebie i swoją potrzebę na pierwszym miejscu. Dla mnie to jest bardzo ważne i uważam, że wartościowe.

Mimo wszystko nie odcinam się w 100%

Pozostaję dla nich obecna i odpowiadam jeśli zgłaszają jakieś obawy i tak dalej. Córka często na przykład wspomina, że tęskni za ciocią Anią z przedszkola, która po roku bycia jej opiekunką zmieniła przedszkole. Wtedy rozmawiamy na ten temat krótką chwilę, tłumaczę po raz wtóry, że to bardzo przykre gdy ktoś kogo lubimy znika, że czasem tak jest, że dorośli zmieniają pracę i że ciocia Ania na pewno bardzo za nią tęskni i ją bardzo lubi i tak dalej. Syn często mówi, że „boja” czyli, że się boi. Pytam wtedy czego się boi, rozmawiamy sobie, tłumaczę mu np. że te dźwięki to córka szurająca kołdrą i tak dalej…

Czasem robię im też masażyk „pada deszczyk”, który widziałam w filmie na Youtube u Marioli Kurczyńskiej. Oboje uwielbiają ten wierszyk-masażyk i często o niego proszą. Swoją drogą polecam filmy tej Pani, ten konkretnie o usypianiu dzieci wyjaśnił mi czego potrzebuje dziecko, które nie może zasnąć i trochę mniej się denerwuję rozumiejąc, że moje dzieci dość długo się wyciszają.

A co jak denerwuje się, że muszę jeszcze zrobić coś w domu?

Zdarza się też tak, że chcę jak dzieci zasną zrobić jakieś zaległe obowiązki domowe, posprzątać kuchnię albo coś ugotować. Znam już moje dzieci na tyle, że wiem, że z dużym prawdopodobieństwem zasną dopiero ok 21:30-22. Jeśli już narasta we mnie frustracja albo nawet wściekłość, że ja mam jeszcze gary do wrzucenia do zmywarki, a oni mi tu śpiewają „MAM TĘ MOOOOOC” na cały regulator, to po prostu idę zapakować tą zmywarkę. Mówię im „idę zapakować zmywarkę, zaraz wrócę”. Czasem zostaną w łóżku i nawet nie przychodzą do mnie (zwłaszcza córka lvl 3,5), a czasem przychodzą. Pewnie, idealna wizja mojego wieczoru zakłada, że dzieci lezą w łóżku i nie łażą mi po domu o 21. No ale rzeczywistość nie jest idealna, już lepiej dla nas wszystkich żebym zapakowała tą zmywarkę w ich towarzystwie i wróciła do usypiania ich spokojna i zadowolona, a nie napięta i wściekła, bo to już nikomu wtedy nie służy i prosi się o jakiś wybuch nuklearny ;-).

Staram się patrzeć na to usypianie pozytywnie

Nie zawsze to jest możliwe, ale czasem jest ;-). Staram się myśleć o tym, że takie usypianie dzieci to też korzyść dla mnie. Staram się myśleć, że dobrze mi zrobi takie wyciszenie się, że mogę sobie poczytać, porysować, pomyśleć. Czasem też kładę się na dywanie u nich w pokoju i robię sobie jakąś jogę albo rozciąganie jak już mam dość po prostu siedzenia / leżenia i towarzyszenia im. Czasem wychodzą z łóżek i zaczynają ćwiczyć ze mną i się przewalać po podłodze przytulając się do mnie, wchodząc mi na plecy i na nogi i tak dalej… No i pewnie, wolałabym ćwiczyć bez nich, mieć ten wieczór tylko dla siebie. Ale mimo wszystko wszyscy na tym zyskujemy. Kiedy się nie napinam, że mają leżeć w łóżku i koniec. Kiedy ja zrobię coś dla siebie (joga-relaks), a oni wyciszają się będąc blisko z mamą i „bawiąc się” ze mną. W ich postrzeganiu to jest zabawa z mamą ;-). Ten wieczór jest dużo milszy niż kiedy napinam się, że od 21 w łóżku spać i basta.

Staram się wykorzystać też ten czas na uspokojenie tempa myśli, na medytację, refleksję :). Nie mam wpływu na to jaki biorytm mają moje dzieci i nie mogę tego zmienić, że zasypiają ok 21:30-22 mimo, że próbowałam. Ale mogę zmienić to jak ja na to reaguję. Co robię przez ten czas. Jakie mam wyobrażenia na temat tego co ja powinnam w tym czasie robić, a czego nie powinnam. I tak dalej ;-).

Kiedyś się mocno samobiczowałam, że wszyscy wokół jakoś usypiają dzieci o 20 i mają fajrancik a u nas impreza trwa do 22. Teraz po wypróbowaniu najróżniejszych metod, rutyn i tak dalej stwierdzam, że to jest po prostu poza moją strefą wpływów. Oni po prostu mają taki zegar biologiczny, taką tendencję, że zasypiają późno. Bez względu na to czy śpią w dzień czy nie, czy był spacer czy nie, czy usypiam ich przy dźwiękach deszczyku i pianina czy w całkowitej ciszy itd. Po prostu nie mogę czekać ze swoim odpoczynkiem aż oni zasną, bo w naszym wypadku to jest niemożliwe :). I muszę regenerować swoje baterie zanim się wyczerpią do zera, żeby nie zamienić się we wściekłą małpę ;-).

A jak to wygląda u was? Dzieciaki rozsadzają chatę do 22 czy grzecznie śpią od 20 i macie fajrancik?