Strona główna » Spis treści » Rozmówki z córką. O słodyczach, niedoskonałości i trudnościach

Rozmówki z córką. O słodyczach, niedoskonałości i trudnościach

Stawiamy limity naszym dzieciom. Nieustannie słyszą od nas „już nie”, „już dużo dzisiaj zjadłaś”, „nie, już jedliście dzisiaj mikołaje, już więcej nie” i tak dalej. A jak to jest z nami? Nasze dzieci średnio słuchają to co do nich mówimy, ale obserwują nas cały czas z wnikliwością i uważnością najbystrzejszego obserwatora. I zapamiętują, interpretują i modelują. Mam dziś dla was sytuację z naszego życia rodzinnego, która dała mi do myślenia.

Stawiamy limity naszym dzieciom. Nieustannie słyszą od nas „już nie”, „już dużo dzisiaj zjadłaś”, „nie, już jedliście dzisiaj mikołaje, już więcej nie” i tak dalej. A jak to jest z nami? Nasze dzieci średnio słuchają to co do nich mówimy, ale obserwują nas cały czas z wnikliwością i uważnością najbystrzejszego obserwatora. I zapamiętują, interpretują i modelują. Mam dziś dla was sytuację z naszego życia rodzinnego, która dała mi do myślenia.

Stawiamy limity dotyczące spożycia słodyczy naszym dzieciom. Nieustannie słyszą od nas „już nie”, „już dzisiaj nie”, „już dużo dzisiaj zjadłaś”, „nie, już jedliście dzisiaj mikołaje, już więcej nie” i tak dalej. A jak to jest z nami i z naszymi limitami? Nasze dzieci średnio słuchają to co do nich mówimy, ale obserwują nas cały czas z wnikliwością i uważnością najbystrzejszego obserwatora. I zapamiętują, interpretują i modelują. Mam dziś dla was sytuację z naszego życia rodzinnego, która dała mi do myślenia.

Kupiłam dzieciom jakieś drobne świąteczne słodycze przy okazji zakupów. Później przyszedł do nas dziadek z prezentami Mikołajkowymi i podarował dzieciom drobiazgi, a mi i mężowi wielką bombonierkę z czekoladkami. Dzieci oczywiście podekscytowane, chcą spróbować, chcą otworzyć i tak dalej. My mówimy nie, dzisiaj nie, dziś nie otwieramy, już jedliśmy dziś dużo słodyczy.

Oboje z mężem mamy dość małą „odporność” wobec słodyczy. Ja przez większość roku raczej się trzymam, ale gdy wpadnę „w cug” słodkości to jest mi trudno się oprzeć i wciągam to co jest w domu, by później robić sobie detoks, jeść bardzo mało lub wcale, z czasem trochę więcej, aż później znowu wpaść w cug ;-). No więc czekoladki kusiły nas równie mocno co i dzieci, aż w końcu mąż otworzył i w tajemnicy przed dziećmi zaczęliśmy te czekoladki podjadać już tego samego wieczoru ;-).

Następnego dnia dalej z mężem wyjadamy czekoladki w tak zwanym międzyczasie, dzieciom i sobie oficjalnie wydzielamy 2 czekoladki dla każdego po obiedzie. Pod wieczór Aurelka pyta czy może jeszcze czekoladki, na co ja krzątając się w kuchni mówię:

– wiesz, nie wiem czy jeszcze coś zostało

– dlaczego nic nie zostało? (Wyobrażam sobie, że pod tym pytaniem może kryć się na przykład coś takiego: NO HELLOŁ MATKA? JAK TO NIE ZOSTAŁO? ZJEDLIŚMY TYLKO PO 2 I WY PRZECIEŻ TEŻ JECIE PO 2 a to takie wielkie pudło no jak to nic nie zostało????)

– bo nie mogliśmy się z tatą powstrzymać i wyjedliśmy prawie wszystkie

– dlaczego wyjedliście wszystkie?

– bo słodycze bardzo nas kuszą, tak samo jak i was i nie zawsze potrafimy się oprzeć. Wiemy, że to jest bardzo niezdrowe i trzeba jeść tylko po trochu, ale nie zawsze udaje nam się powstrzymać mimo, że się staramy

– dlaczego?

– po prostu słodycze są bardzo smaczne i trudno jest się pohamować i czasem się to nie udaje. Czasem się udaje lepiej, a czasem gorzej. Warto próbować, bo zbyt dużo słodyczy jest niezdrowe i psuje ząbki

Myślę, że wyjaśniłam jej temat bez wykrzywiania rzeczywistości, by chronić nasz idealny obraz jako rodziców. Córka bardzo pozytywnie przyjęła moje tłumaczenia, jej buzia była rozjaśniona łagodnym uśmiechem i zrozumieniem, więcej pytań dlaczego już się nie pojawiło. Myślę, że tego typu otwartość i szczerość wobec dziecka niesie ze sobą szereg korzyści.

Normalizacja doświadczenia dziecka

Córka się dowiedziała, że to co odczuwa – silny pociąg wobec słodyczy, który jest jej ciężko pohamować – jest normalne. Że inni ludzie, w tym znaczące, autorytety w jej życiu, też tego doświadczają. Mogła sobie ułożyć w głowie, że to, że słodycze tak ją pociągają, nie oznacza, że jest jakaś gorsza, inna, słaba, nie ma siły woli i tak dalej. Mogła zrozumieć, że to jest to wspólne, ludzkie doświadczenie, którego każdy doświadcza w jakimś spektrum natężenia i to natężenie również się zmienia w czasie.

Uświadomienie sobie tego dodaje siły, bo pokazuje, że mimo tego, że mama i tata też mają chwile słabości, jednak dają radę się powstrzymywać przed słodyczami przez większość czasu i jeść zróżnicowaną dietę. Może sobie pomyśleć: ja też miewam chwile słabości, ale mogę w takim razie je pokonać lub chociaż nad nimi pracować.

W momencie w którym udajemy przed dzieckiem, że nigdy nie doświadczamy słabości wobec słodyczy i wolimy od słodyczy buraki i jarmuż, dziecko może myśleć, że naprawdę takie jest nasze doświadczenie. Może myśleć, że faktycznie nam buraki i jarmuż smakują bardziej niż czekolada, ale doświadczenie dziecka jest inne. Więc konkluzja w dziecięcej głowie może być albo w kierunku schematu Wadliwość – jest ze mną coś nie tak, jestem inna, gorsza niż wszyscy. Albo w kierunku akceptacji tej różności – ok, rodzice lubią buraki to jedzą buraki, ja lubię czekoladę i chcę jeść czekoladę (co niechybnie i tak prowadzi stwierdzenia, że moje upodobania są gorsze i mniej ważne wobec nacisków, by jeść to co „lubią” rodzice).

Dopiero uświadomienie dziecku, że odczuwanie pokusy wobec słodyczy to jedno, a postępowanie wbrew tej pokusie dla ochrony własnego zdrowia to drugie, pozwala dziecku zrozumieć w pełni dynamikę relacji ze słodyczami i to dlaczego rodzice wybierają jeść na obiad buraki i mięsko, a nie czekoladki albo płatki na mleku po raz piąty w ciągu dnia. Sygnalizuje, że w człowieku działają dwie motywujące nas instancje – pragnienie napędzane przyjemnością i hamulec napędzany rozsądkiem i wiedzą.

Obserwuję efekty takiego podejścia

Obserwuję efekty takiego podejścia i jestem z nich zadowolona. Uważam, że nazywanie rzeczy bez owijania w bawełnę i udawanie ideału przed dzieckiem przynosi efekty. Nie jestem idealna w tym aspekcie, ograniczają mnie cały czas schematy, których nie przepracowałam i własne tematy tabu i trudności. Ale tam gdzie już udało mi się przepracować i oświetlić świadomością swoje ciemne strony, staram się mówić jak jest. Córka nie przestaje mnie zaskakiwać swoimi rosnącymi umiejętnościami odraczania przyjemności i opanowania wobec słodyczy. Na przykład potrafi sobie schować jakieś słodycze na później i nie zjeść wszystkich dostępnych na raz (ma 3,5 roku!), bardzo powoli je słodycze i się nimi delektuje, zaczyna używać argumentów dotyczących zdrowia „musisz pić dużo wody, bo to jest zdrowe”, albo mówi, że źle się czuje, przez to, że zjadła za dużo słodyczy i tak dalej.

Budowanie odporności i wytrwałości u dziecka

Inny przykład ze sfery słodyczy. Córka nie chciała jeść obiadu, my z mężem i synem zjedliśmy obiadek i mąż otworzył deser. Córka oczywiście przybiegła na deser. Nie zgodziliśmy się, mówimy, że musi najpierw zjeść chociaż trochę obiadu i że nie może jeść słodyczy na pusty żołądek, bo będzie się źle czuła. Pokazujemy, że wszyscy zjedliśmy obiad i mamy puste talerze.

Córka biedna siedzi przy stole nad swoim obiadem i widzi jak objadamy się czekoladkami i przeżywa mega trudne emocje. Ściska się w sobie, marudzi, że chce zjeść słodycze, że chce czekoladki i tak dalej. Nie może się skupić na obiedzie. Reakcja zupełnie normalna. Jednak u mnie w domu rodzinnym, w którym ja dorastałam, reakcja na takie zachowanie dziecka byłoby zawstydzanie i krytyka. Temat w dużej mierze przepracowałam i mimo pojawiających się we mnie automatycznych reakcji w stylu takim jakiego doświadczałam w domu, przeszłam przez to, rzucając chyba tylko ze spektrum krytycznego „trzeba było zjeść obiad, to byś teraz mogła jeść już deser. Zjadaj szybko obiadek to zjesz z nami deser”. Ale patrzyłam na to jak moja córka się męczy i poczułam jej emocje. I mówię:

– bardzo trudno Ci jest patrzeć jak jemy słodycze, kiedy Ty nie możesz prawda?

– tak 🙁

– rozumiem, bardzo trudno jest się skupić na obiedzie kiedy my wszyscy zajadamy się czekoladkami

– taaaak, chcę czekoladki

– rozumiem. Odłożę dla Ciebie trzy czekoladki, żebyśmy Ci ich nie zjedli. Trzymam je tutaj i czekają na Ciebie aż zjesz obiad, nikt nie może ich ruszyć, bo to są czekoladki Arielki

– Ok! (już uśmiechnięta i zbudowana, pojawiła się motywacja do jedzenia i zabiera się powoli za ryż)

Zauważyłam jej potrzeby i emocje, odpowiedziałam na paraliżujący ją lęk, że nic dla niej nie zostanie. Dzięki temu ona mogła wyjść na przeciw mojej potrzebie. Jeszcze później coś tam tłumaczyłam, że nie mogę pozwolić, by jadła czekoladki na obiad, bo muszę dbać o jej zdrowie i źle by się czuła gdyby zjadła same słodycze i tak dalej, ale atmosfera była już czysta i córka współpracowała. Rozumiała, że nie karzę jej i nie działam wbrew niej odbierając jej te słodycze i ufała mi, że dam jej te czekoladki jak zje obiad (bo takie jest jej przeszłe doświadczenie, że dotrzymuję słowa w takich sprawach i nie oszukuję dzieci licząc na to, że zapomną). Zjadła tyle ile była w stanie (nie cisnęłam, by zjadła wszystko, ona musi sama to regulować, nie jestem za wpychaniem w dzieci jak w indyki jedzenia, żeby tylko talerz był pusty). Dałam jej te czekoladki, była bardzo szczęśliwa, podziękowała mi i sobie je zjadła ze smakiem.

Czego się nauczyła córka w tej sytuacji?

Córka nauczyła się w tej sytuacji ważnych rzeczy. Wytrzymała i zrozumiała swoje trudne emocje związane z tą sytuacją, uznała za normalne i ważne, dzięki temu, że je plus minus nazwałam za nią. To zwiększyło jej odporność na przyszłość, na sytuacje w której nie może mieć czegoś, czego bardzo chce, mimo tego, że inni to mają. A na tym przecież polega życie. Nie zawsze możemy mieć to co chcemy tu i teraz, czasem musimy na to poczekać i to czekanie jest trudne. To była właśnie taka sytuacja. Dowiedziała się też, że wysiłek (zjedzenie mniej smacznego od słodyczy obiadu) i pokonanie własnych impulsów (pragnienie zjedzenia słodyczy) przynosi nagrodę i się opłaca. Po wysiłku jakim było zjedzenie obiadu w takich okolicznościach, dostała upragnione czekoladki, dorzuciłam jej jeszcze jedną do obiecanych trzech ;-).

Dowiedziała się też, ponownie, że może mi zaufać i że jestem po jej stronie, mimo, że nie podporządkowałam się jej kaprysom i postawiłam granicę wymuszając zachowanie, które uznałam za odpowiednie (zjedzenie obiadu przed deserem). Chciałam tutaj podkreślić i pokazać, że można budować bliską relację z dzieckiem opartą na zaufaniu, będąc jednocześnie stanowczym i stawiając granice.