Strona główna » Spis treści » Moje osobiste poszukiwanie satysfakcji zawodowej, a talenty Gallupa

Moje osobiste poszukiwanie satysfakcji zawodowej, a talenty Gallupa

Osiągać wyniki na obranej ścieżce zawodowej, a czerpać z niej satysfakcję, to dwie zupełnie różne rzeczy. Osobiście przeszłam dość długą drogę w poszukiwaniu swojej satysfakcji zawodowej, w której mogę zaoferować swoje talenty. Opiszę moją osobistą ścieżkę oraz to w jaki sposób zrobienie testu na mocne strony (talenty) Gallupa pomogło mi lepiej nawigować sobą w poszukiwaniu satysfakcji zawodowej.

Talenty i zainteresowania – wczesne dojrzewanie

Często można spotkać się z opinią, że w późnym dzieciństwie i wczesnej młodości przejawiamy w sposób dość „czysty” nasze talenty i predyspozycje, nie jesteśmy jeszcze dość dobrze poinstruowani, które nasze talenty i zainteresowania są „przydatne”, „przyszłościowe” i „odpowiednie”, a które nie, więc jesteśmy autentyczni i pozbawieni autocenzury. Gdy jako dorosły człowiek szukamy własnej tożsamości zawodowej, z pomocą powinno przyjść nam sięgnięcie pamięcią do talentów i predyspozycji, które przejawialiśmy jako dorastające dzieci.

Jednak samo poznanie tych talentów i predyspozycji, nie rozwiąże jeszcze za nas zagadki powołania zawodowego, ponieważ jeśli nie spełniamy się w pracy zawodowej, prawdopodobnie na jakimś etapie uznaliśmy, że nasze rzeczywiste talenty i predyspozycje są w jakiś sposób nieodpowiednie i samo spojrzenie na własne mocne strony wg Gallupa może być wręcz rozczarowujące („co? Takie coś, a nie jakieś sensowne talenty?” – ja dokładnie taką miałam reakcję jak otrzymałam wynik swojego testu Gallupa).

U mnie we wczesnym dojrzewaniu (13 rok życia) bardzo wyraźnie widać początek dwóch pasji, których dość szybko w swoim życiu się wyrzekłam jako „nieodpowiednich”. Rozwijały się one obok mnie przez całe moje późniejsze życie, mimo mojego usilnego ignorowania ich znaczenia w moim życiu.

Psychologia

Około 13 roku życia, w gimnazjum, przeczytałam swoją pierwszą książkę psychologiczną, którą wypożyczyłam z biblioteki. Była to jedna z książek Freuda o marzeniach sennych. Nie przeczytałam wszystkiego, nie wszystko zrozumiałam, jednak obcowanie z tą lekturą wzbudziło we mnie pokłady olbrzymiej fascynacji, uniesienia i pasji. Od tego czasu praktycznie cały czas jakaś książka psychologiczna była w moim zasięgu i ją sobie powoli czytałam, czytałam również magazyn Charaktery oraz treści psychologiczne w Internecie.

W liceum, 3 lata później, pamiętam, że czytałam „O schizofrenii” Antoniego Kępińskiego, a jeszcze kolejne 3 lata później, w wieku 19 lat uciekłam z domu w Warszawie do Wrocławia (to był bardzo trudny okres w moim życiu) z wielką biblią o NLP jako książką do podróży. To są konkretne książki, które potrafię umieścić na linii czasu we wspomnieniach, jednak strumień tych treści psychologicznych przewijał się stale przez moje ręce i głowę. Zainteresowanie psychologią było w pewien sposób „wrodzone”, „dominujące” i oczywiste dla mnie jako młodego człowieka. We wczesnej młodości uważałam za oczywiste, że pójdę na psychologię i będę psychologiem.

Z czasem zaczęłam podważać tą swoją pewność. Ludzie mi mówili, że strasznie dużo osób idzie na psychologię, że jest ogrom absolwentów, że praca jest mało atrakcyjna, że mało płacą (a pieniądze i to, by dobrze zarabiać, było w mojej rodzinie ważne i o tym się rozmawiało), że klientom trudno dogodzić. Były osoby, które mówiły mi, że ja nie potrzebuję iść na psychologię tylko na psychoterapię, że ludzie chcą iść na psychologię, by rozwiązać swoje własne problemy, a nie dlatego, że naprawdę mają ku temu powołanie. Zaczęłam kupować tą narrację, wątpić w swoje prawo do bycia dobrym psychologiem, przecież sama pochodziłam z dysfunkcyjnej rodziny, miałam dużo problemów do rozwiązania i średnio rozumiałam samą siebie.

Najbliższe osoby ceniły mnie za umiejętności słuchania i wspierania ich, na przestrzeni lat zawsze wskazywały psychologię i coaching jako najlepsze zawody dla mnie. Moja psychoterapeutka gdy pokazałam jej talenty Gallupa w 2018 roku, zwróciła uwagę, że te talenty są doskonałe do pracy jako psycholog. Jednak w mojej głowie zaszedł już proces „psychologia to nie dla mnie”, wobec którego zaprzeczałam znaczeniu psychologii w moim życiu i tożsamości. Dopiero w roku 2022 z całą mocą zrozumiałam, że psychologia w istocie jest moim powołaniem i nie ma dla mnie innej ścieżki zawodowej, jeśli chcę odczuwać satysfakcję ze swojego życia zawodowego.

Pisanie

Drugie wyraźne zajęcie, do którego zacięcie zrodziło się we wczesnej młodości to pisanie. Również w wieku 13 lat bardzo lubiłam język polski, dla przyjemności w czasie wolnym pisałam sobie rozprawki i próbowałam pisać na własną rękę felietony na podstawie materiałów jakie miałam w domu, z własnej inicjatywy, poza programem, który przerabialiśmy w szkole.

Od czasów gimnazjalnych, czyli 13-15 lat zakładałam i prowadziłam różne blogi i wyrażałam się w ten sposób twórczo w internecie. W gimnazjum trzymałam się z ekipą trochę „geeków”, osób, które miały dużą wiedzę informatyczno-komputerową i też prowadziły jakieś swoje strony w sieci. To właśnie w tamtym czasie nauczyłam się podstaw kodowania w HTML, CSS i obsługi WordPress, które to umiejętności były dla mnie podstawą i bazą do rozpoczęcia 7 letniej kariery w branży IT jako programista stron www (konkretnie front-end developer). Jednak w tamtym czasie zdobycie umiejętności programowania stron, było tylko środkiem do celu jakim było prowadzenie i zarządzanie własną stroną jako środkiem wyrazu dla swoich aspiracji twórczych. Praca wyłącznie techniczna, jako front-end developer była dla mnie dość rozczarowująca, męcząca i dusząca. W międzyczasie próbowałam złapać trochę oddechu dla siebie i próbowałam swoich sił jako UI/UX Designer. Postawienie jako swojego sensu i celu życiowego czynności, które z serca były dla mnie tylko środkiem do osiągnięcia celu powodowało frustrację i uczucie bezcelowości tego zajęcia.

Zanim jednak zajęłam się tworzeniem stron www zawodowo, podążałam jakiś czas tą pasją dziennikarską. W liceum byłam w klasie dziennikarsko-humanistycznej i w późnym liceum zaczęłam pisać teksty hobbystycznie na portale internetowe i otrzymywałam bardzo pozytywny feedback z redakcji tych portali oraz obietnicę zatrudnienia gdy skończę szkołę. Wtedy portale internetowe dopiero się rozwijały i nie było to takie oczywiste, że one mogą płacić jak normalne redakcje i że to jest normalna praca, a wsparcie ze strony ojca z którym wtedy mieszkałam dla tej ścieżki życiowe było nikłe (dla niego wartość miały tylko zajęcia inżynierskie lub biznesowe, a nie humanistyczne). Mama mnie wspierała w ścieżce dziennikarskiej, ale wtedy źle nam się układało i mieszkałam z ojcem.

Życie zawodowe – wczesna młodość – branża IT

We wczesnej młodości zamiast studiów, na które nie poszłam przez burzliwe wydarzenia mojego późnego dojrzewania (rak ojca i śmiertelne zagrożenie, problemy alkoholowe w domu rodzinnym) zaczęłam pracować jako front-end developer i kodować strony www. Miałam podstawy programowania zdobyte dzięki samodzielnemu rozwijaniu blogów i stron www w gimnazjum i liceum. Te podstawy szybko zauważył mój ówczesny chłopak, który był programistą. Doszkolił mnie (znałam HTML4, a akurat wtedy wszedł standard XHTML, którego nauczył mnie właśnie ów chłopak) i zaczął przekazywać mi swoje najprostsze zlecenia. Dzięki jego przewodnictwu stanęłam na nogi i zaczęłam karierę zawodową jako front-end developer.

Mimo tego, że kodowanie stron nie było w zbyt wielkim stopniu spójne z moimi potrzebami i zainteresowaniami, było to zajęcie wysoko dochodowe, w którym się całkiem nieźle odnajdywałam i dysponowałam aktualną wiedzą, którą stale poszerzałam i wzbogacałam czytając branżowe anglojęzyczne treści (talent Learner w top 10 talentów Gallupa wspiera mnie całe życie, wciągam każdą wiedzę jak odkurzacz). Myślę, że mimo braku satysfakcji i niechęci do tego zajęcia, jako front-end developer nie byłam ani fatalna, nie byłam też bardzo dobra. Dostawałam podwyżki, nigdy nie zostałam zwolniona (mimo żywienia codziennie przekonania, że dziś to już mnie zwolnią, z powodu licznych wpadek i fuck-upów) i funkcjonowałam w ekosystemie tej branży, choć czułam, że w ogóle tam nie pasuję i zostałam przyszyta tam z innego zestawu guzików (syndrom oszusta bardzo mi doskwierał).

W IT zostałam na 7 lat, bardzo się męcząc, jednak nie umiejąc zmienić już trajektorii swojego życia zawodowego. Koleżance narzekałam, że weszłam na drabinę już do połowy wysokości i zorientowałam się, że to nie jest ta drabina. Nie chciałam z niej schodzić i zaczynać od zera, bo przyzwyczaiłam się do wysokich zarobków, ale nie miałam siły dalej się po niej wspinać wbrew sobie i udawać, że mnie to cieszy. Koleżanka i wszyscy w okól uważali, że to fanaberie, bo przecież mam super pracę i powinnam się cieszyć.

Próbowałam jakoś poprawić swój komfort i satysfakcję z pracy i przebranżawiać się w ramach IT. Wiedziałam, że praca z kodem na komputerze, a nie w głębszej relacji z drugim człowiekiem (którą dałaby mi psychologia) mnie dobija, że brakuje mi różnorodności i zmienności (którą dałoby mi dziennikarstwo) mnie pogrąża w depresji. Nie potrafiłam jednak się wycofać i zacząć od zera, bardzo dużo zarabiałam i praca w IT dawała mi jakiś rodzaj statusu społecznego, poczucia wygranka w wyścigu szczurów, z którego nie chciałam rezygnować (moje fatalne poczucie własnej wartości mogłoby nie udźwignąć takiej degradacji, poza tym cieszyłam się swobodą finansową i podróżami).

Wiedziałam, że interesują mnie rzeczy związane z drugim człowiekiem, z tym jak funkcjonuje i reaguje. W 2013 roku zaczęłam studiować zaocznie psychologię na SWPS. Jednocześnie zaczęłam wkładać wszystkie siły w to, by przebranżowić się na UX (taki specjalista IT od projektowania aplikacji i stron www tak, żeby były przyjazne dla użytkowników). Czytałam ogromne ilości materiałów na ten temat, książki, artykuły (talent Learner znów się kłania), robiłam jakieś próbne mockupy za darmo, wysyłałam swoje CV na UXa gdzie się dało, wszystko to robiłam po godzinach pracy w IT.

O ile jako front-end developer mogłam przebierać w ofertach i zmienić pracę z dnia na dzień (miałam już wtedy 4 lata praktycznego doświadczenia i szeroką praktyczną, bardzo bieżącą wiedzę – codziennie czytałam zagraniczną prasę branżową z obowiązku, nie z pasji, by się utrzymać na powierzchni w tym nienaturalnym dla mnie środowisku zawodowym), jako UX nie miałam ani doświadczenia zawodowego ani wykształcenia i odbijałam się od ściany. Zrezygnowałam ze studiów, które traktowałam jako swoją fanaberię i przyjemność, a nie część rozwoju zawodowego. Moim życiem zawodowym było IT, psychologia pobocznym hobby. Całą energię poświęciłam na przebranżowienie się na UX, moje wysiłki zostały zauważone w mojej firmie i dostałam szansę pracować jako UX wewnątrz swojej firmy.

W mojej ocenie nie sprawdziłam się. Okazało się, że klepanie interfejsów wizualnych i uzgadnianie ich z klientem to nie jest ten rodzaj głębokiej relacji w kontekście zawodowym, którego poszukiwałam. Okazało się, że bardzo trudno mi się pracuje z klientami i jest to dla mnie wielki stres, z powodu nieprzepracowanych wątków psychologicznych. Zamiast uważać, że ja i klient jesteśmy sobie równi i mamy jakiś wspólny cel do zrealizowania, w głębi ducha uważałam klienta za jakiegoś wielkiego pana i wroga do obłaskawienia, a siebie za maluczkiego, nic nie wartego człowieka, co bardzo utrudniało mi pracę na tym stanowisku (jestem córką bardzo despotycznej osoby o cechach narcystycznych).

Okazało się, że mimo, że taka praca daje mi trochę większe pole do realizacji swoich talentów (bo chociaż robiłam coś kreatywnego, a nie odtwórczości i rozmawiałam z człowiekiem, a nie z komputerem), to dalej jest oddalona od tego czego potrzebuję o lata świetlne (choć wtedy tego tak do końca nie wiedziałam i bardziej uważałam, że to ze mną jest coś nie tak, że nie umiem docenić tego co mam, że kapryszę, że w tyłku mi się od dobrobytu poprzewracało, że nigdy nie będę zadowolona z pracy, że może ja się nie nadaję w ogóle do pracy itd.)

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam talenty Gallupa Relator i Individualization w top 5 i jak one się u mnie dokładnie przejawiają, bo test zrobiłam pod koniec 2018 roku, a to był jakiś 2015 rok. Ale wiedziałam, że czuję frustrację, że czuję brak satysfakcji, że się nie realizuję i że ta robota mnie zabija, bez względu na to jak wiele osób uważa, że to moje fanaberie i że nie mam prawa tak się źle w tej pracy czuć, że powinnam Pana Boga po trzewikach całować, że tak mi się trafiło doskonale w życiu.

Szukałam dalej. Nie UX? To może Project Manager? Jeszcze bardziej ludzkie stanowisko w tej całej machinie IT. Spróbowałam znowu. Dostałam pracę w wielkim korpo, miały być złote góry, miało być prowadzenie zespołu UXów, miał być wielki rozwój, kursy zawodowe finansowane przez firmę. A co było? Ciemny open space. Tabelki w exelu. Dużo tabelek w exelu. Zlecanie kodowania stron firmom zewnętrznym – zróbcie to i to. Na kiedy będzie? Za ile? Za dużo, mamy budżet tylko tyle. Musimy mieć to na wczoraj. Jeszcze więcej tabelek w exelu. Jeszcze więcej manipulacji na danych w exelu. Cały dzień siedziałam w exelu i coś tam przesuwałam w nim i słuchałam sobie audiobooków na słuchawkach, bo samo klikanie w exelu przepalało mi zwoje mózgowe z braku poczucia większego, dalekosiężnego sensu tego zajęcia. Wszystkie moje umiejętności techniczne, które zdobyłam jako specjalista IT, wszystkie moje zainteresownia i pragnienia pracy z drugim człowiekiem zderzyły się z rzeczywistością – pracą z tabelką w exelu i komunikacją ograniczającą się do kilku równoważników zdań. Bardzo krótko tam pracowałam i wróciłam ze spuszczoną głową, w uczuciu pokonania i wygłupienia się, na łono mojej byłej firmy programistycznej, która mnie, córę marnotrawną przyjęła z powrotem.

Równolegle nie ustawałam w próbach uwolnienia się od pracy, która nie dodaje mi skrzydeł, bo jest zupełnie sprzeczna z tym kim jestem i jakie mam talenty i predyspozycje. Cały czas na boku robiłam jakiś biznes, jakieś strony, jakieś szablony, jakiś dochód pasywny. Nie mogłam się pogodzić z tym jak jest, moje życie nie mogło tak wyglądać, że przychodzę do pracy, odbębniam jakieś obowiązki, które nie dają mi cienia radości i satysfakcji, wracam do domu i oglądam sobie Netflix by się znieczulić po robocie. Chciałam dla siebie czegoś innego, chciałam coś dać od siebie, chciałam mieć wolność bycia tym kim jestem, ekspresji siebie, podążania za iskrą, wydobywania tego co najlepsze we mnie, po to, by ktoś mógł z tego korzystać. Tylko nie wiedziałam kim ja jestem? Co mogę od siebie dać?

Życie zawodowe – era e-biznesów i rodzenia dzieci

Moje seryjne robienie projektów po godzinach, pochłanianie książek o e-biznesie, marketingu, dochodach pasywnych itd. w końcu zaczęło zbliżać się do punktu, w którym rysuje się kolanko przyśpieszonego wzrostu wykładniczego. Zaczęło mi wychodzić. Zaczęłam czuć dobrze trendy. Ten pomysł był dobry, ale nie odważyłam się. Ten też. Kurde, a teraz widzę taką opcję, za granicą jest mega hype na Instagramie na takie samoprzylepne staniki, dziewczyny za granicą szaleją na tym punkcie. Teraz nie pozwolę sobie na gadanie, że nie spróbowałam, a dobrze myślałam. Kabum. Spróbowałam.

Postawiłam stronkę. Postawiłam sociale. Wszystko mi łatwo przyszło, bo robiłam to dosłownie po raz 10. To był mój enty pomysł na biznes. Zrobiłam tzw. MVP – taki prototyp biznesu bez biznesu, żeby sprawdzić, czy pomysł chwyci. Chwycił. Miałam zamówienia. Zamawiałam na allegro i wysyłałam z minimalną marżą. No to czas zarobić na serio, zamówiłam towar od chińczyków z Alibaby. Przelałam swoje skromne oszczędności w nicość, w nieznane, do Chin. Przyjdą czy nie przyjdą? Utknęły w porcie przeładunkowym w Paryżu. Mijają dni… No w końcu! Przyszło do mnie 4000 samoprzylepnych staników. Zaczęłam sprzedawać swoje własne. Zarabiałam. Zamawiałam za kilkanaście złotych, za marketing płaciłam kolejne kilkanaście, sprzedawałam za stówę.

Szły jak ciepłe buły. Najpierw nosiłam je do paczkomatu, bo szkoda mi było płacić 12 zł za zamówienie kuriera u siebie. Grosz do grosza… Najpierw było 1 zamówienie, 2, 3… 5 czasem 6. A potem ka bum. 16. 20. Z przyzwyczajenia dalej nosiłam je do paczkomatu. Raz wkładam swoje paczuszki zajmując pół paczkomatu i nadchodzi ze stacji benzynowej kurier z hot-dogiem i mnie zagaduje. „Aaa… a więc to Ty zapychasz mi cały paczkomat”. Ale wtopa! Od tego czasu już zamawiałam kuriera do domu, no dobra niech będzie to 12 zł. Umowa z firmą kurierską nie wchodziła dla mnie w grę, chcieli oszacowania stałej ilości paczek na rok do przodu. W najlepszych dniach wysyłałam po 50, a nawet więcej paczek. Ale ja wiedziałam, że lecę na hype, że on się skończy, a ja nie mam gwarancji czy wymyślę, jak moja firma ma dalej funkcjonować, gdy czar samoprzylepnych staników opadnie. Wiedziałam, że stąpam po ziemi nieznanej, co więcej nie mam bladego pojęcia co jest przede mną, bo mam zamknięte oczy i to co nadchodzi badam po omacku jak już się z tym zderzę.

Ale w tamtym momencie kręciło się wspaniale. Zarabiałam na stanikach więcej niż na pracy w IT. Poczułam się wolna, zrezygnowałam z klepania kodu, zwolniłam się z pracy. Krótko później okazało się, że jestem w swojej pierwszej ciąży. Nie martwiłam się tym specjalnie, w firmie i tak pracowałam na umowie zlecenie, nie miałam raczej szans na umowę o pracę (odmówiono wcześniej ciężarnej koleżance i musiała się zwolnić, by znaleźć firmę, która da jej UoP), czułam się bezpiecznie w związku z wysokimi zarobkami ze swojej firmy i dobrą pracą męża. Nie wiedziałam jeszcze co ciąża i poród robią z mózgiem kobiety (baby brain), jak ciężko się myśli strategicznie i planuje, jak mało czasu na prowadzenie firmy jest przy noworodku, zwłaszcza pierwszym. Nie pociągnęłam tej firmy. Hype się skończył, ilość zamówień wygasiła się po około pół roku. Co zarobiłam to moje, próbowałam wskrzesić tą firmę, rozszerzyć na firmę ogólnie bieliźniarską lub biustonoszową, ale nie udało mi się to, byłam zajęta ogarnianiem kolek niemowlęcych i walką o odnalezienie się w roli mamy, gdy sama miałam w swojej rodzinie dysfunkcyjne wzorce rodzinne od pokoleń i nosiłam w sobie wielki ciężar z tym związany.

Dalej nie wiedziałam co mam robić w życiu, zrobiłam test mocnych stron Gallupa. Kupiłam pełen raport 34 talenty. Rozczarowałam się. Relator?! Budowanie relacji 1:1? Słucham? To jest mój talent? Indiwidualization? Dostrzeganie indywidualnego potencjału i indywidualnych niuansów psychicznych u każdego człowieka? CO? Ja chciałam jakieś mocne biznesowe, pełne sukcesu talenty! Chciałam być rekinem biznesu, chciałam mieć wysoki status społeczny i prestiż, chciałam zarabiać przynajmniej tyle ile w IT, a najlepiej jeszcze więcej, chciałam zasłużyć na podziw i akceptację. Zrobiłam test, by poznać swoje narzędzia jakimi mogę to zbudować i okazało się, że co jest tymi narzędziami? Kubek ciepłej herbaty do pogadania w zaufaniu i perspektywa przez którą widzę unikalną indywidualność każdego kogo spotykam?! To są moje narzędzia do osiągnięcia sukcesu i satysfakcji? Dobrze, że poza tym wyszedł mi Restorative (namierzanie i naprawianie tego co nie działa – u mnie w sferze raczej międzyludzkiej, ale wtedy łudziłam się, że w twardszym kontekście), Strategic (myślenie wieloaspektowe, odnajdywanie ciągów przyczynowo skutkowych i wielu dróg do jednego celu, to przydatny biznesowo talent, uff jest nadzieja) i Focus (umiejętność skupienia się na celu – tak bardzo widoczne we wszystkich moich przedsięwzięciach, w których byłam w stanie poświęcić prawie wszystko w imię swojego bieżącego celu, czy to było bycie UXem, budowanie biznesu itd). Na tych talentach się później skupiałam, te talenty badałam i myślałam jak je zaprząc do budowy mojego prestiżu i sukcesu, a te miękkie, obciachowe talenty związane z relacjami z innymi ludźmi wstydliwie sobie pominęłam i zawstydziłam się głęboko nad tą prawdą o mnie samej, którą ujawnił test Gallupa.

Po jakimś czasie, gdy córka podrosła i przestała być tak bardzo absorbująca czasowo, zaczęłam robić kolejną firmę. Lekko-być-eko. Woreczki zero-waste. Znowu poczułam trend, zero waste wchodziło do mainstreamu. Znowu postawiłam stronę, sociale, zamówiłam produkt w Chinach. Szło całkiem przyzwoicie, miałam klientów, znalazłam wspólnika. Zaszłam w drugą ciążę. Zabrakło mi ikry, przytłoczyło mnie tempo rozwoju tej niszy. Woreczki pojawiły się wszędzie. W Auchan, w Biedronce. Moje musiały kosztować min 12zł, bym zarabiała. Te z Auchan były po 5zł. Syndrom oszusta znowu mnie boksował, że przecież wcale nie jestem taka eko, że ten temat nie jest w pełni ze mną zgodny, że kim ja jestem, by uczyć ludzi o ekologii (starałam się prowadzić taki eko-edukacyjny kanał jako marketingowe wsparcie tego eko biznesu), że czemu sprzedaję worki po 12zł jak są po 5zł w Auchan itd. Drugi poród, drugie zanurzenie się w opiece, tym razem nad noworodkiem i półtoraroczniakiem na raz, biznes i kariera poszedł na drugi plan.

Pokora, rezygnacja z pogoni za sukcesem, zatrzymanie się

W 2021 roku bardzo dużo uwagi poświęciłam sobie, przejściu z psychoterapią (którą zaczęłam w 2014 roku) na głębszy poziom, zejściu ze sfery poznawczej (terapia CBT i Terapia Schematów), w której zaczęłam się zderzać ze ścianą do sfery emocjonalno-doświadczeniowej. Rewolucję w tym względzie przyniosły mi książki Aleksandra Lowena, które łączą sferę psychiki ze sferą ciała i dają konkretne narzędzia i przewodnictwo po świecie własnych stłumionych, wypartych ran psychologicznych zatopionych w chronicznych napięciach mięśniowych w ciele.

Byłam wtedy w takim punkcie, że wiedziałam już, że muszę jeszcze raz zaprojektować swoje życie zawodowe, nie wiedziałam jeszcze nadal co mam do zaoferowania światu, jakie są moje talenty i „powołanie”. Jestem osobą o bardzo wielu zainteresowaniach, a dość aktywny talent Learner wg Gallupa sprawia, że w krótkim czasie jestem w stanie osiągnąć umiarkowaną biegłość w bardzo wielu tematach. To bardzo mi utrudniało odszukanie tego, co jest moimi prawdziwymi talentami i powołaniem, a co tylko jednym z wielu zainteresowań.

Chciałam sobie dorobić podczas opieki nad dziećmi, doskwierał mi brak własnych pieniędzy. Przyjaciółka mi przypomniała, że zawsze dobrze pisałam. Zawsze opcja pisania była u mnie na stole gdy doskwierał mi ból istnienia w pracy w IT, jednak nigdy się na nią nie decydowałam ze względu na przepaść między zarobkami dziennikarza, a programisty. Mając do wyboru stawkę 15-20zł na godzinę i 70-100zł na godzinę i hierarchię wartości w której pieniądz znajduje się bardzo wysoko, wiadomo, że trudno było mi wyrzec się wielkiej swobody finansowej i wybrać dziennikarstwo z pasji, która nie była dla mnie wcale oczywista.

Jednak w tamtym momencie (rok 2020) byłam już przytargana wieloma próbami biznesowymi podczas których zdarzało mi się zarabiać bardzo dużo jak i mieć miesiące stratne. To mnie odzwyczaiło od pewnych i sowitych wynagrodzeń z IT, przyzwyczaiło do oszczędzania i skromnego prowadzenia budżetu osobistego. Przez to chętniej spojrzałam w stronę dziennikarstwa jako eksperymentu i próby znalezienia swojej drogi zawodowej opartej na autentyczności. Powysyłałam oferty, najbardziej mnie interesowało z ofert, które wtedy znalazłam pisanie artykułów psychologicznych i finansowych (tematyka Forex, krypto – również moje hobby i poboczne zainteresowanie od wczesnej młodości, jednak nie uważam ich obecnie za element mojego powołania zawodowego).

Dostałam zatrudnienie w tej drugiej redakcji (forexclub.pl), reakcja na moje teksty była entuzjastyczna i byłam bardzo doceniania, wyrażano uznanie dla zorientowania w temacie i dla jakości przesyłanych tekstów. Był to dla mnie duży zwrot w życiu, być docenianą w pracy za to co daję z siebie i co leży w spektrum jakichś moich autentycznych i głębokich części JA, a nie jest rodzajem zawodowej zbroi, do której noszenia się przymuszam i udaję kogoś kim nie jestem jak było w IT. Praca w redakcji forexclub.pl dała mi zaznać co to znaczy pracować w spektrum swoich zainteresowań, co to znaczy dawać z siebie swoje talenty (mam wyjątkową łatwość pisania, piszę naprawdę szybko i bardzo szybko się uczę). Jednak na tamten moment było mi zbyt ciężko pogodzić macierzyństwo, pisanie dla redakcji i jeszcze zadbać o siebie, by móc oferować dzieciom najlepszą wersję siebie i przełamać „klątwę” pokoleniową dotyczącą dysfunkcji w mojej rodzinie. Zawiesiłam tą działalność z opcją, że wrócę do tego zajęcia w pełniejszym wymiarze czasu gdy oboje moje dzieci pójdą do przedszkola, co spotkało się z ciepłym pożegnaniem i wyrażeniem nadziei na kontynuowanie współpracy. Ta opcja wciąż jest na stole, ponieważ to pisanie było dla mnie OK (mimo, że nie dawało mi takiego uczucia haju i spełnienia jakie daje mi działalność w spektrum tematów psychologicznych).

Przepracowałam sobie hierarchię wartości, zrozumiałam, że poszukuję sukcesu i prestiżu ponieważ wierzę, że wtedy zostanę uznana za lepszego, wartościowego człowieka. Pracowałam nad swoim poczuciem własnej wartości i godności i z czasem ta maska opadła. Przestałam czuć, że potrzebuję mieć jakiekolwiek oznaki sukcesu i prestiżu, by być dobrym i wartościowym człowiekiem. Zaczęłam siebie lubić, akceptować i traktować z szacunkiem i godnością. Przestałam patrzeć na swoje życie i wybory tak czarno biało i zero jedynkowo. Przestałam postrzegać to, że dotychczas (wiek 31 lat) nie zrobiłam studiów psychologicznych jako szlaban nie do uniesienia. Zrozumiałam, że jeśli czuję od 15 lat wołanie duszy ku psychologii, to mogę po prostu zrobić te studia psychologiczne. Zapisałam się, przestałam to odkładać.

W międzyczasie zaczęłam prowadzić tego bloga. Pomysł na tego bloga gdzieś się kręcił obok mnie przez wszystkie lata mojego dorosłego życia, zwłaszcza ostatnie 5. Jednak brakowało mi wewnętrznej pewności, nie wiedziałam co jest moim „prawdziwym” powołaniem zawodowym, cały czas żyłam w przekonaniu, że psychologia to nie dla mnie, którego nabrałam we wczesnej młodości o czym pisałam wyżej.

W tym momencie życia jednak nabrałam już bardzo dużej tolerancji dla samej siebie, bardzo dużego przyzwolenia na popełnianie błędów i na zawstydzające zachowanie (zainteresowanie psychologią uważałam za zawstydzające jeszcze na początku prowadzenia kanałów @higienamyslenia na social media). Zaczęłam po prostu iść za impulsem. Dodałam jedno, drugie, trzecie. Reakcja z zewnątrz była dobra.

Ale to jeszcze nic. Jaka była reakcja wewnątrz! Napisałam o uczuciu pasji, uniesienia i fascynacji jakich doświadczyłam pierwszy raz obcując z książką Freuda we wczesnym wieku nastoletnim. To uczucie wróciło. Pisałam tekst na tematy psychologiczne na bloga i moje serce rozsadzało uczucie pasji i satysfakcji. Już nie tylko czytałam książki psychologiczne, ale jeszcze przetwarzałam te treści przez swój talent i łatwość pisania. Wykorzystywałam dwie największe i najwcześniejsze pasje i skłonności w jednym. Tworzyłam treści, które w mojej ocenie mogły okazać się mieć wielkie znaczenie dla jakiegoś konkretnego człowieka. Robiłam coś, co w moim odczuciu ma ogromny sens, co według moich własnych mierników wartości i pasji, na które nie mam wpływu, ma znaczenie 100, podczas gdy praca w IT miała znaczenie 5.

Z czasem zaczęłam łaskawie patrzeć na swoje talenty Gallupa Relator i Individualization, których się pierwotnie wyparłam. Zaczęłam zauważać, że nie każdy patrzy tak jak ja (na tym właśnie polega unikalność talentów, są indywidualnym wzorcami myślenia i skłonnościami). Zaczęłam zauważać, że faktycznie ja znakomitą część czasu poświęcam na myślenie w kategoriach talentu Gallupa Individualization. Zauważyłam, że gdy dzielę się swoimi spostrzeżeniami na ten temat „Zobacz kochanie, osoba Z ma tak, że robi tak i tak… i w tym jest trochę podobna do osoby Y…. ale jednak tą rzecz robi zupełnie inaczej, reaguje trochę tak jak osoba X… łączy w sobie podejście Y i X, dzięki temu potrafi …. i ma zupełnie inne możliwości…” i reakcja jest „a, faktycznie, masz rację, nie myślałem o tym”. Zaczęłam rozumieć, że talent Individualization daje mi unikalne spojrzenie na ludzi, które może naprawdę wnosić wartość dodaną dla grupy w której się znajduję.

Zaczęłam rozumieć, że nie ma lepszych talentów do pracy psychoterapeuty i coacha niż relacyjne, głęboko ludzkie talenty Individualizationi Relator, wspierane talentami Strategic i Restorative nakierowanymi na rozumienie i rozwiązywanie ludzkich problemów w szerszym kontekście. Za sprawą działalności na tym blogu zrozumiałam i poczułam co to znaczy odczuwać pasję, satysfakcję i fascynację z pracy. Co to znaczy gdy praca nagradza, dodaje sił, dostarcza głębokich doświadczeń emocjonalnych, poczucia sensu. A nie dobija, zniechęca i odbiera energię. Wobec tego doświadczenia wiedziałam już, że nie ma dla mnie innej drogi niż ta, że nie ma już możliwości, żebym wątpiła, kręciła się w kółko, żebym znowu się zastanawiała, że może jednak IT, bo kasa dobra, albo że artykuły finansowe, albo że biznes. Wiedziałam już, że bez względu na to ile zarobię lub nie, ile osób będzie uważać, że „to nie jest prawdziwa praca tylko pogaduszki”, dla mnie nie ma innej drogi w życiu, bo nic innego nie daje mi takiego wewnętrznego haju i nic innego nie dodaje mi sił zamiast odbierać. Przestałam się wahać wewnętrznie, zrozumiałam swoje „przeznaczenie”.

W całym tym procesie, świadomość talentów Gallupa (mocnych stron) nawigowała mnie z tylnego siedzenia. Dawała wgląd w siebie, który być może trudniej by mi było uzyskać, bez tej wiedzy jakie mam talenty i jakie są mocne strony. Niewątpliwie pozwoliła mi odsiewać zajęcia, w których nie mam możliwości wykorzystywać swoich mocnych stron (w pracy w IT tylko Restorative i Learner miały trochę pola do popisu, ale bez większej satysfakcji, jako że były ograniczone do kontekstu pisania kodu, działania na swoim małym poletku, kiedy ja mam skłonność do szerokich i humanistycznych kontekstów. Przy pisaniu artykułów również tylko Learner i Focus mogły być wykorzystane itd.)

Cała moja droga poszukiwania satysfakcji zawodowej pokazuje według mnie całą ideę i misję jaka stoi za talentami (mocnymi stronami) Gallupa. Oczywiście, byłam w stanie całkiem nieźle radzić sobie w IT. Mogłam zbudować karierę w tej branży i miałam doskonałe warunki zewnętrzne ku temu. Ale ta praca, mimo, że wszystko było z nią w porządku i jest obiektem marzeń wielu ludzi, nie była dla mnie odpowiednia. Byłam sadzonką pomidorów wsadzoną między jabłonie. Czemu ten krzak nie daje jabłek i do tak łatwo go złamać? To nie była moja bajka, to nie był mój potencjał, to nie były sprzyjające dla mnie okoliczności, moje potrzeby były i są inne.

Nie oznacza to, że praca w IT czy pisanie kodu jest złym zajęciem, oznacza po prostu, że nie było dla mnie odpowiednie. Głęboko wierzę, podobnie jak twórcy i popularyzatorzy Gallupa, że każdy człowiek może osiągnąć swój pełen potencjał i osiągać pełną satysfakcję ze swojej pracy, gdy uda mu się odnaleźć zajęcie, które pozwala mu realizować swoje talenty, predyspozycje i skłonności.

Czasem odnalezienie tej prawdy o sobie zajmuje dużo czasu, mimo, że odpowiedź może być oczywista i na wyciągnięcie ręki (tak jak była oczywista dla niektórych bliskich mi osób, a momentami nawet dla mnie). Realizację naszej prawdziwej pasji i potencjału mogą nam utrudniać nieprzepracowane przekonania, schematy i trudności emocjonalne.

Moje talenty, mocne strony Gallupa

  1. Restorative
  2. Strategic
  3. Focus
  4. Relator
  5. Individualization

Moje plany zawodowe w związku z mocnymi stronami Gallupa

W książce „Fastlane milionera”, autor posłużył się przenośnią, która jest ze mną do dziś. W młodym wieku wybijamy piłeczkę golfową, podejmując różne decyzje. Po wybiciu piłeczki nie mamy już szczególnie dużego wpływu na to jaki jest jej tor lotu i gdzie upadnie, im jesteśmy starsi tym nasze możliwości korekcji lotu tej piłeczki są mniejsze.

Tak było w moim życiu, wybiłam piłeczkę do dołka branża IT i nie byłam w stanie tego przez wiele lat zmienić. Wybiłam piłeczkę do dołka pt „macierzyństwo bez UoP, dam radę” i przez wiele lat zbierałam żniwa w postaci słabej sytuacji finansowej i zależności od męża.

Teraz przyszedł czas wybicia kolejnej piłeczki, mam już 30 lat, a nie 19. Bardzo rozważnie chcę podejść do wybicia kolejnej piłeczki, bo efekty tego ruchu, będę zbierać być może przez kolejną dekadę, a z każdym rokiem moje możliwości dokonywania nagłych i kompleksowych zmian w moim życiu będą mniejsze.