Strona główna » Spis treści » Wpływ stresu matki na dziecko

Wpływ stresu matki na dziecko

Byłam wczoraj świadkiem sytuacji w której stres i napięcie matki napędzało rozdrażnienie i płacz dziecka, przez co oboje wpadli w nakręcającą się spiralę napięcia i zdenerwowania.

Byłam z dziećmi na basenie wieczorem. Wchodzimy z córką do szatni po pływaniu, przebieramy się, wchodzi pani z chłopcem mniej więcej w wieku córki (4-5 lat), który dramatycznie płacze i nie może się uspokoić.

Myślę sobie, zmęczony, za dużo wrażeń (chłopiec był na zorganizowanej nauce pływania, a mama pływała w tym czasie rekreacyjnie dla siebie), późna pora (20:00), głodny, zmarznięty i płacze, normalna rzecz.

Matka dość zestresowana i zadaniowo podchodzi do sytuacji, strofuje trochę syna by się uspokoił i go ubiera raczej nerwowo, co jakiś czas napominając, by sam się ubierał / współpracował z nią. Myślę sobie zmęczona, dużo wrażeń, późna pora, głodna, chce wrócić szybko do domu i wyjść z tej niekomfortowej sytuacji przebywania w zatłoczonej szatni z płaczącym, rozstrojonym dzieckiem. Jest zestresowana, normalna rzecz.

Gdy chłopiec był ubrany uspokoił się już i nie płakał, siedział i chyba bawił się zegarkiem basenowym do szatni (ja byłam zajęta ubieraniem siebie i córki, więc bardzo dobrze nie widziałam co robił, tyle co rejestrowałam kątem oka). Matka się przebierała w przebieralni po drugiej stronie tej szatni. Wydaje mi się, że przywołała do siebie chłopca, on się poślizgnął i przewrócił i zaczął rozpaczliwie płakać.

Myślę sobie: zmęczony, późna pora, poślizgnął się i go boli: ciało od stłuczenia, a ego od upokorzenia, że się przewrócił. Mój impuls to przytulić dziecko i powiedzieć mu, że wszystko w porządku, ukoić i uziemić te emocje, by mógł wrócić do równowagi. Matka dziecka nadal zestresowana i zareagowała w zasadzie przeciwnie do mojego impulsu.

Jeszcze mocniej strofuje dziecko i oddala się emocjonalnie: „już? skończyłeś? Przestań tak płakać, bo naprawdę zaczyna mnie to denerwować.” Chłopiec dalej płacze nieukojony siedząc w kucki na podłodze kilka kroków przed matką, blisko mnie. „Wstań z tej podłogi, bo jest mokra! (z narastającą, metaliczną złością). Podnieś ten zegarek! (leżał obok niego jego zegarek od szafki). Wstawaj!”. Dziecko nie reaguje i płacze.

Chłopiec płacze dramatycznie szukając ukojenia tych trudnych emocji. Patrzy na mnie i patrzę na niego ze współczuciem. Wiem jednak i widzę w jego oczach, że to nie mojego współczucia potrzebuje tylko jego własnej matki i nic tu nie pomogę. Skupiam się na ubieraniu córki i rozmowie z nią i nie widziałam co się działo dalej, chłopiec cały czas popłakiwał, a matka robiła się coraz bardziej zła i zestresowana tą sytuacją (i jej syn również, ponieważ dzieci regulują się do stanu emocjonalnego rodzica).

Skończyłam ubierać córkę i siebie, tak samo ta kobieta jest już prawie gotowa do wyjścia. Chłopiec dalej zrozpaczony i „porzucony” emocjonalnie w tej sytuacji płacze rozpaczliwie i coraz trudniej mu się uspokoić i być tu i teraz. Matka nastawiona zadaniowo napomina go, by założył klapki i wziął swój zegarek. Dziecko nie reaguje, bo jest zrozpaczone w swoich emocjach i nie ma w tym momencie kontaktu z racjonalnymi częściami jego osoby.

Emocje matki zaczynają narastać w dynamiczny sposób: „zakładaj te klapki! Czy ty słyszysz w ogóle co się do ciebie mówi? Weź zegarek i załóż klapki!”. Chłopiec bełkocze przez łzy, coś czego ja nie rozumiem, ale jego matka rozumie i odpowiada: „nie, ja nie będę zakładać za ciebie tych butów, zakładaj te klapki!”.

Taka wymiana zdań trwa, błaganie chłopca przez łzy o odrobinę ciepła, zatrzymania się przy nim i otoczenia opieką oraz kategoryczne odrzucanie przez matkę trwa dalej i cała ta sytuacja przykuwa coraz bardziej moją uwagę (oraz uwagę mojej córki, która podążała za moją uwagą i zauważyła, że w tym momencie zaabsorbowałam się tą sceną i też się skupiła na nich). Zbliżamy się w ich stronę – która była też kierunkiem wyjścia z szatni.

Kiedy jestem już tuż obok nich, matka traci kontrolę nad sobą, łapie chłopca potrząsając nim ze złością i mówi „zakładaj te buty, bo zaraz Ci przypierdolę!! czego nie rozumiesz” czy coś w tym stylu i próbując go fizycznie włożyć w te klapki, bez skutku, bo chłopiec zwiotczał zanosząc się płaczem. Chłopiec siada na ławce dalej płacząc rozpaczliwie.

Matka dalej nie posiada się ze złości i próbuje kolejnej „taktyki”, mówi dziecku, że sobie idzie i zostaje sam skoro nie może założyć tych butów. Odwraca się w kierunku wyjścia ostentacyjnie. On zrozpaczony zrywa się z ławki, on wraca się i mówi „to zakładaj buty!”, chłopiec łapie ją za rękę i mówi „ale chce z Tobą!”.

W tym momencie zwracam się do matki łagodnie patrząc jej w oczy „on potrzebuje po prostu, żeby go przytulić”.

Moment w którym nasze oczy się spotkały, zapadł mi w pamięć, bo w jednej chwili ta kobieta ze stanu tak silnego wzburzenia emocjonalnego, że nie panowała już nad sobą jakby „spadła” na ziemię, przez jej twarz przebiegła seria mikro emocji (nie zarejestrowałam ich dokładnie), osadziła się bardziej w swoim ciele po czym uśmiechnęła się do mnie również łagodnie i ze spokojem i pokiwała głową z uśmiechem, w którym była z jednej strony lekceważąca skarga na zachowanie syna, ale też pojawiła się przestrzeń, by to zachowanie znosić z większym dystansem. Miałam wrażenie, że kontakt ze mną był mimo wszystko pokrzepiający (nie chciałam się czepiać ani jej pouczać, coś z wewnątrz ciała mnie popchnęło do interakcji z nimi). W mojej ocenie spontanicznie nawiązałam kontakt, który nie był agresywny, tylko regulujący i to mnie cieszy.

W odpowiedzi na to, kobieta była spokojniejsza i łagodniej powiedziała do syna, by zakładał buty. On też się natychmiast uspokoił na tyle, że był w stanie niezdarnie, przez łzy te klapki zakładać, mimo, że dalej popłakiwał. Niesamowite jak wiele się zmieniło w emocjach przez tą chwilę i jak emocje wszystkich zmniejszyły intensywność. Reakcja kobiety na postępy syna w zakładaniu klapek: „a widzisz, jednak da się!”. Dalej w pozycji surowego dowódcy, ale już z łaskawością i dystansem.

Ja w między czasie cofnęłam się parę kroków w głąb szatni i usiadłam na ławkach w pewnej odległości od tego chłopca, dość blisko tej matki. Nie wiedziałam dlaczego tak zrobiłam, ten ruch również wypłynął automatycznie z mojego ciała. Teraz myślę, że po prostu „poczekałam” na nich w pewnym sensie, dałam fizyczny wyraz przestrzeni, którą miałam w sobie. Spontanicznie zrobiłam to, co na miejscu tego chłopca bym chciała, by zrobiła jego matka – usiadła obok, zamiast wisieć nad nim z komendami i dała mu przestrzeń, by się pozbierać, zawiesiła chociaż na chwilę tą ciągłą presję i ostrzał komend.

Wydaje mi się, że to, że automatycznie cofnęłam się i usiadłam obok „z nimi” było skierowane do tej matki, bo to na niej byłam skupiona. Moje ciało pokazało jej, że czuję się komfortowo w tej sytuacji i nie denerwuje mnie to co się tu rozgrywa i mam czas i przestrzeń, by sobie usiąść i chwilę posiedzieć (wszak usiadłam może na 30 sekund). Wyobrażam sobie, że ona tak napominała swojego syna i osadzała się w pozycji tego surowego dowódcy, wcale nie dlatego, że on ją aż tak bardzo denerwował, tylko była zdenerwowana swoimi wyobrażeniami o niewypowiedzianej presji otaczającej ją ludzi, by uspokoiła w końcu to dziecko (czego ja w ogóle nie odczułam od nikogo w szatni).

Dalej byłam w kontakcie emocjonalnym i wzrokowym z tą matką i jeszcze raz spróbowałam łagodnie: „on tylko chciałby, żeby go przytulić” i pokazałam gestem jak sama siebie otulam rękami, żeby cieleśnie pokazać jej czego brakuje temu dziecku do odzyskania równowagi i dlaczego tak płacze. Ona znowu kiwnęła głową z lekceważącym uśmiechem, ale też z łagodnością i zrozumieniem, których wcześniej nie było. Zdziwiło mnie, że nawet gdy się wyregulowała emocjonalnie po kontakcie ze mną, to nadal nie miała najmniejszej ochoty ukoić emocjonalnie syna i okazać mu czułości i ciepła, ale to już jej historia i sprawa, dlaczego w ten sposób reaguje.

Odczepiłam się od nich i poszłam z córką suszyć włosy, córka całą tą sytuację skomentowała, tak jak często komentuje gdy ktoś mocno płacze, że bardzo ją bolały uszy. Zajęłyśmy się jej potrzebami, dałam jej soczek i przekąskę i zaczęłam jej czesać i suszyć włosy, nie zarejestrowałam za bardzo jak matka i syn wychodzili z szatni.

Wszystko trwało raptem kilka minut

Cała ta sytuacja rozgrywała się w ciągu kilku minut, jednak gdy dzieją się tak silne emocje, powietrze jest wyładowane mikro interakcjami i wszystko wydaje się trwać długo i zapada mocno w pamięć. W całej tej emocjonalnej zupie jaka tam się rozgrywała, nie chciałam się wtrącać i nie uważałam, żebym miała do tego prawo.

Gdy chłopiec się poślizgnął i szukał ukojenia u mamy, miałam ochotę jakoś zareagować, ale nie chciałam się wtrącać i nie umiałam znaleźć słów ani środka wyrazu który, był by dobry. Dopiero gdy emocje między nimi sięgnęły zenitu i matka już nie panowała nad sobą, zadziałałam spontanicznie. Myślę, że to było OK i moja reakcja nie była w żaden sposób krzywdząca, a pomogła ostudzić emocje. Dla rodzica płaczącego dziecka myślę, że najgorsze są wyobrażenia, że ten płacz denerwuje innych ludzi i że zaraz „ktoś coś powie”, co podbija napięcie i nakręca wzajemną spiralę stresu. Chciałam zareagować w sposób „sojuszniczy” zarówno wobec matki jak i dziecka.

Cała ta sytuacja i dynamika relacji mi zapadła w pamięć, również przez to, że obecnie czytam książkę „Matka niedostępna emocjonalnie. Jak rozpoznać i wyleczyć niewidzialne skutki zaniedbania w dzieciństwie” autorstwa Jasmin Lee Cori.

Dopiero co pisałam wpis o pozabezpiecznych stylach przywiązania i pomyślałam, że właśnie tak może wyglądać życie z matką niedostępną emocjonalnie. Jeśli takie sytuacje powtarzają się konsekwentnie, a nie są jednorazowym odstępstwem (a przecież mogło tak być, nie jesteśmy w stanie ocenić tych osób, widziałam tylko mikro wycinek ich relacji w tej stresującej sytuacji), tylko treścią ich relacji, jak najbardziej dziecko przeżywa traumę relacyjną na tle przywiązania do matki i jego potrzeby z zakresu więzi, bliskości i bezpieczeństwa nie są zaspokajane.

Czy ta kobieta jest złą matką?

Patrząc na tą kobietę jasne jest dla mnie, że kocha swojego syna i chce dla niego jak najlepiej. Radzi sobie jak może i jest najlepsza jaka umie na ten moment. Być może nie wie, że syn miał w tamtym momencie potrzeby z zakresu poczucia bezpieczeństwa, ukojenia i przywiązania. Być może uważa, ze robił jej na złość i to ona jest wygraną ofiarą tej sytuacji, gdyż syn robił jej na złość zamiast sprawnie wyjść z basenu.

Być może sama była w ten sposób traktowana jako dziecko i nie potrafi dać dziecku emocjonalnego wsparcia i ukojenia, bo sama tego nigdy nie otrzymała. Być może bezradność i zależność emocjonalna syna budzi w niej tak trudne emocje, że jedynym wyjściem jakie zna jest zablokować je w sobie i przyjąć pozę surowego dowódcy. Być może ktoś dla niej był takim surowym dowódcą zamiast rodzicem i będąc w stresie tylko taką pozę potrafi przybrać, by sobie poradzić i ogarnąć tą stresującą sytuację (a zupełnie rozstrojone, płaczące dziecko późnym wieczorem w zatłoczonej szatni basenowej to bardzo stresująca dla rodzica sytuacja).

Być może wierzy, że w ten sposób pomaga chłopcu „zmężnieć” i zwiększyć odporność. Niestety z tego co już wiemy z badań psychologów jest dokładnie na odwrót. To kojąca, regulująca i wspierająca obecność bliskich dorosłych pomaga zmężnieć i zwiększyć odporność, ponieważ w ten sposób uczymy się samoregulacji i bycia wsparciem dla samych siebie.

Jesteśmy dla samych siebie tacy, jacy byli dla nas bliscy w dzieciństwie

Jesteśmy dla siebie tacy, jacy byli dla nas bliscy dorośli w dzieciństwie. Możemy w ten sposób zbudować albo wewnętrznego przyjaciela, obrońcę, stróża albo surowego dowódcę, kata, prześmiewcę i tak dalej. Funkcjonujemy z każdym z nich, jednak o wiele łatwiej się idzie przez życie z wewnętrznym stróżem i przyjacielem, niż z katem i prześmiewcą, choć na zewnątrz wyniki możemy osiągać takie same z jednym i drugim dopingiem.

Wszystko zaczyna się od samoregulacji dorosłych

To czego zabrakło w tej sytuacji to zdolności do samoregulacji matki. Gdyby miała w sobie zasoby (które powinna zbudować w dzieciństwie, ale widocznie nie miała takiej możliwości), żeby uspokoić się w tej sytuacji i poczuć się OK ze sobą i z płaczącym, zmęczonym synem, gdyby stres nie odciął jej od jej zasobów to ukoiłaby syna. Zrobiłaby to nieświadomie, tak jak nieświadomie powodowała jego postępujące rozregulowanie. Ukoiłaby go swoim spokojem wyrażonym w spojrzeniu, geście, tonie głosu, łagodności dotyku i poczuciem bycia OK najdalej w momencie w którym się poślizgnął i upadł. Dzieci wszystkich ssaków, nie tylko ludzi, regulują swoje stany emocjonalne do stanów emocjonalnych rodziców. Według mnie gdyby było ją wtedy stać na to, by na chwilkę zrzucić mundur dowódcy operacji „ubieramy się i wychodzimy” i dać dziecku parę chwil ukojenia w ramionach mamy, nie byłoby wtedy tego dramatycznego ciągu dalszego, który niemal doprowadził do rękoczynów. Ale zrobić to, gdy sama była w silnym stresie i być może bała się, że płacz dziecka denerwuje wszystkich wokół (przez co była w poczuciu zagrożenia) jest kosmicznie trudno.

Jeśli nie otrzymaliśmy zdolności do samoregulacji w darze od bliskich dorosłych w dzieciństwie, nie jest to wcale takie łatwe, żeby ją „włączyć” w dorosłym życiu, dlatego bo „moje dziecko tego potrzebuje”.

Dlatego ja nie winię tej matki, za to, że dała się ponieść emocjom i nie umiała się zająć emocjami chłopca ani sobą. Oboje są postaciami tragicznymi w tym dramacie, ofiarami stresującej sytuacji, które być może powielają traumę relacyjną, zapoczątkowaną w ich rodzinie na długo przed ich pojawieniem się na świecie.

Negatywne wzorce przechodzą z pokolenia na pokolenie

Jak wskazują badania nad stylami przywiązania, style pozabezpieczne „przechodzą z pokolenia na pokolenie”, ponieważ trzeba dużo, odważnej pracy nad sobą, by przerwać błędne koło dysfunkcyjnych zachowań, mechanizmów obronnych i przybierania automatycznych póz takich jak poza surowego dowódcy, którą mogłam obserwować u tej zestresowanej matki na basenie.

Traumy relacyjne w Polsce

Według mojego osobistego zdania, wiele, a być może większość ludzi w Polsce cierpi na pozabezpieczne style przywiązania i traumy relacyjne. Tragiczna historia jaka rozegrała się na naszych ziemiach (trwające kilka wieków okupacje, wynaradawianie, ludobójstwo, totalitaryzmy) skrzywdziła głęboko znaczną część populacji i wciąż nosimy w sobie te nieuzdrowione traumy z pokolenia na pokolenie.

Trudno winić naszych dziadków, żyjących w warunkach okupacji totalitarnej lub wręcz ludobójstwa za to, że nie opiekowali się emocjonalnie swoimi dziećmi, tylko skupiali się na zapewnieniu im przetrwania, za to że przybierali rolę surowych dowódców operacji „przeżyć”.

To była rzeczywistość ludzi, którzy obecnie są dziadkami żyjących współcześnie 30 latków. Traumy, które powstały w skrajnych, traumatycznych warunkach okupacji i II Wojny Światowej odczuwamy jako społeczeństwo do dziś.

Styl rodzicielstwa polegający na byciu surowym dowódcą, był prawdopodobnie adaptacyjny i korzystny w warunkach II Wojny Światowej. Tragedia traumy generacyjnej polega na tym, że rodzicielstwa uczymy się przez powtarzanie tego, czego sami doświadczyliśmy. Dla kolejnych pokoleń żyjących w czasach pokoju taki styl rodzicielstwa nie jest to w żaden sposób korzystny, tylko krzywdzący.

Stworzyć coś z niczego, bez wzorców, nie jest wcale łatwo. Dać miłość, uwagę i ciepło, gdy samemu się doświadczyło głównie popędzania, krytyki i chłodu nie jest łatwo. W stresie działamy automatycznie i robimy innym to, co nam robiono gdy byliśmy dziećmi.

Każdy z nas czasem bywa dysfunkcyjny i krzywdzący

Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy z nas czasem daje się ponieść emocjom, poddaje się automatyzmom i dysfunkcyjnym, toksycznym rolom przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

To co możemy dla siebie nawzajem zrobić, to moim zdaniem dbać o samych siebie. O swoją własną zdolność do bycia przy sobie, o swoją własną zdolność do wzięcia głębszego oddechu. O swoją własną umiejętność zachowania spokoju, gdy stoimy obok ludzi, którymi miotają trudne emocje.

O odrobinę wyrozumiałości wobec drugiego człowieka, zamiast krytycznej oceny. Może nas smucić, krzywdzić czy złościć to, że druga osoba zachowuje się w taki, a nie inny sposób. Mamy prawo do tych emocji i mamy prawo się chronić jeśli jesteśmy w relacji z taką osobą.

Warto zachować w sobie jednak świadomość, że jest osoba cierpiąca tak samo jak jej otoczenie. Krzywdy jakie zadaje innym, sama doświadczyła na własnej skórze, gdy była bezbronna i zależna od innych.

Wierzę, że odrobina łagodności wobec siebie nawzajem i wobec siebie samych, jest w stanie uczynić nas wszystkich zdrowszymi i powoli leczyć traumy relacyjne jakie cierpimy w naszych rodzinach i więzach społecznych.

Zobacz też:
10 cech Dobrej Matki według Jasmin Lee Cori
Bezpieczne i pozabezpieczne style przywiązania
Potrzeba bliskości i dotyku – eksperyment Harrego Harlow’a
Badania Rene Spitza nad skutkami rozłąki z matką