Strona główna » Spis treści » Czy kobiety nie rodzą dzieci przez dobrobyt?Korea Południowa, najniższy przyrost naturalny na świecie

Czy kobiety nie rodzą dzieci przez dobrobyt?Korea Południowa, najniższy przyrost naturalny na świecie

We wrześniu Korea Południowa wyznaczyła nowy światowy rekord niskiej dzietności. Na jedną kobietę w 2020 roku urodziło się 0.837 dziecka. Dla porównania w Polsce, która zmaga się z jednym z najniższych przyrostów naturalnych w Europie w 2020 roku statystycznie jedna Polka urodziła 1.439 dziecka. Czy Koreanki nie rodzą dzieci, bo w głowach im się poprzewracało od dobrobytu? Przyjrzyjmy się innym liczbom, które charakteryzują ten, wyjątkowy pod wieloma względami, azjatycki kraj. Zobaczmy również na własne oczy dobrobyt Koreanek, ujęty w miarach statystycznych, który rzekomo, według internetowych opinii, odciąga je od realizacji swojego człowieczeństwa w sferze macierzyństwa.

W Korei Południowej jest najniższy przyrost naturalny na świecie

Przyrost naturalny w Polsce i Korei Południowej źródło: data.worldbank.org

W Korei Południowej w 2020 roku PKB na głowę mieszkańca z uwzględnieniem siły nabywczej, wyniosło 43 tyś dolarów, wynosząc mniej więcej tyle samo co średnie PKB na głowę w Unii Europejskiej. W Polsce PKB na głowę w 2020 roku wniosło 34 tyś dolarów.

PKB na głowę z uwzględnieniem siły nabywczej, w dolarach amerykańskich. źródło: data.worldbank.org

W Korei Południowej jest największa luka płacowa na świecie

Kobiety w Korei Południowej zarabiają średnio 36% mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Średnia krajów OECD to 13%. Oznacza to, że żeby zarobić to samo wynagrodzenie co ich koledzy, koreanki muszą spędzić w pracy o ponad 1/3 więcej czasu. Z pewnością nie jest to czynnik tworzący przestrzeń na znalezienie wielu godzin dziennie na opiekę i wychowywanie dziecka.

luka płacowa w różnych krajach świata, źródło: OECD

Jednocześnie poziom aktywności zawodowej kobiet w koreańskim społeczeństwie jest duży, bo wynosi 60% pracujących zawodowo kobiet. Współczynnik ten w Polsce jest tylko trochę wyższy, bo w 2019 roku wyniósł 63% (źródło). Dla porównania w 28 krajach Unii Europejskiej współczynnik zatrudnienia zawodowego kobiet wynosi 68,8%. Wygląda na to, że Koreanki dużo czasu i energii poświęcają na pracę zawodową, za którą są o ponad 30% mniej wynagradzane niż Koreańczycy.

Kult pracy i sukcesu

Korea Południowa słynie z kultu z pracy. W 2017 roku zajęła trzecie miejsce wśród narodów, które statystycznie przepracowały zarobkowo najwięcej godzin, według statystyk OECD (źródło). Ponadto Korea Południowa, jak i inne rozwinięte kraje azjatyckie, znana jest z kultu pozostawania w pracy na nadgodzinach, w tym nieodpłatnych, po to by robić dobre wrażenie na szefie i współpracownikach swoją „pracowitością”. Realną liczbę godzin spędzoną w pracy trudno wobec tego oszacować. Rząd Korei aktywnie próbuje przeciwdziałać kultowi pracy, który niesie ogromne koszty społeczne (w tym jak niektórzy twierdzą niską dzietność) i w 2018 roku obniżył maksymalny dopuszczony prawem tygodniowy wymiar przepracowanych godzin z 68 do 52.

Kult urody

Jest to rzecz, którą ciężko obiektywnie zmierzyć, jednak wydaje się, że kult urody i konkurencja między Koreankami w zakresie wyglądu jest wysoka. Korea Południowa notuje największą ilość wykonywanych operacji plastycznych na osobę na świecie i kult piękna wydaje się być bardzo silny, co komentują różne osoby.

Lee Eun-hee, a professor of consumer studies at Inha University in Incheon, said it reflects the country’s obsession with physical appearance. Girls these days grow up looking at K-pop stars who look like living dolls, and plastic surgery ads target women as young as teenagers.

źródło: Washington Post

Czy silny kult urody może mieć związek z dzietnością? Będąc kobietą, myślę, że tak. W sytuacji w której społeczny status kobiety, otrzymywany szacunek, a czasem nawet pozycja zawodowa i możliwość awansu (wiele zawodów kobiecych wymaga atrakcyjnej prezencji i szczupłej sylwetki ciała) zależy od wyglądu zewnętrznego, zajście w ciążę i rozpoczęcie macierzyństwa stanowi duże ryzyko degradacji statusu społecznego dla kobiety.

Utrata szczupłej sylwetki, rozstępy, możliwa utrata sprawności seksualnej, w świecie który upatruje wartości kobiety w jej urodzie i byciu obiektem pożądania mężczyzn, staje się ryzykiem degradacji społecznej. Te potencjalne koszty sumują się z jeszcze poważniejszym kosztem degradacji społecznej w postaci utraty pracy i środków do życia w wyniku ciąży i macierzyństwa. A jak to wygląda w Korei Południowej z bardziej praktycznymi aspektami zakładania rodziny?

Urlopy macierzyńskie

Koreańczycy mają prawo wziąć 3 miesiące płatnego urlopu rodzicielskiego po i przed narodzinami dziecka. Dla porównania w Polsce przysługuje łącznie 12 miesięcy płatnego urlopu macierzyńskiego (20 tygodni) i rodzicielskiego (32 tygodnie), oraz zwolnienie chorobowe w trakcie trwania ciąży według zaleceń lekarskich. Jak temat płatnych urlopów rodzicielskich wygląda w innych krajach?

Płatny urlop macierzyński w różnych krajach

Jak się okazuje, w praktyce wzięcie płatnego zwolnienia z pracy z powodu urodzenia dziecka wiąże się dla Koreanek z wysokim ryzykiem utraty pracy i wykluczenia społecznego z powodu sprzeciwienia się kultowi pracy i produktywności (artykuł z anglojęzycznych mediów koreańskich na temat tego zjawiska np. tutaj: link).

U nas sytuacja wydaje się nieco lepsza, ponieważ prawo pracy skutecznie chroni interes kobiet (i społeczeństwa) w tym zakresie – nie wolno zwolnić kobiety po urlopie macierzyńskim ani odmówić jej pracy w niepełnym wymiarze pracy. Jest tylko jedno ale… dostępność umów o pracę dla młodych kobiet. W przypadku specjalistek sytuacja nie wygląda tak źle, jednak niżej wykwalifikowane kobiety w Polsce nie mają możliwości otrzymać umowy o pracę, ponieważ pracodawcy nie chcą w ten sposób zatrudniać kobiet, które mogą urodzić dzieci. W takiej sytuacji kobieta w Polsce ma zagwarantowane 1000 zł kosiniakowego przez 52 tygodnie urlopu macierzyńsko-rodzicielskiego oraz 500zł na każde dziecko z budżetu państwa, co być może nie jest szczytem marzeń, jednak daje jakąś poduszkę bezpieczeństwa.

Służba zdrowia na wysokim poziomie

Służba zdrowia w Koreii Południowej jest na wysokim poziomie, przewidywana długość życia wynosi 83 lata i jest 11 najwyższym wskaźnikiem na świecie. Dla porównania w Polsce oczekiwana długość życia wynosi 77 lat.

Dość wysoka opieka okołoporodowa w Korei Południowej

Opieka okołoporodowa w Korei Południowej wydaje się być na dobrym poziomie, jednak ryzyko śmierci w wyniku porodu jest dość wysokie jak na kraj o tak wysokim poziomie służby zdrowia. W 2017 roku w Korei Południowej na 100,000 żywych urodzeń, zmarło 11 matek. Dla porównania w Polsce było to 2 śmierci na 100,000 urodzeń, średnia UE to 6, a w Stanach Zjednoczonych 19.

śmiertelność matek na 100,000 żywych urodzeń, źródło: data.worldbank.org

Śmiertelność noworodków w Korei Południowej jest bardzo niska i wynosi 2,7 na 1000 żywych urodzeń. W Polsce ten współczynnik wynosi 3,6 zaś w Stanach Zjednoczonych 5,6.

śmiertelność noworodków, źródło: data.worldbank.org

Według dostępnych danych ilość porodów przyjętych przez wykwalifikowany personel medyczny w Korei Południowej wynosi 100%, w Polsce 99,1% zaś średnia dla Unii Europejskiej wynosi 98,8%. Ilość pielęgniarek i położnych na 1000 mieszkańców w Korei Południowej wynosi 7.5, zaś w Polsce 6.9. Średnia dla UE to 9 (źródło). Jest to kolejnym argumentem przemawiającym za tym, że opieka okołoporodowa w Korei Południowej jest na dość wysokim poziomie i nie jest ściśle skorelowana z dzietnością społeczeństwa.

Prawo antyaborcyjne w Korei Południowej

Korea Południowa wyróżnia się też wyjątkowo surowym prawem antyaborcyjnym na tle innych krajów rozwiniętych. Aż do 2019 roku Koreanki musiały liczyć się z ryzykiem kary pozbawienia wolności, za wykonanie aborcji. Dopiero w 2019 Trybunał Konstytucyjny Korei orzekł ten przepis za niezgodny z konstytucją, czyli zadział się proces odwrotny niż w naszym kraju (kiedy zaostrzono prawo antyaborcyjne)

Kobieta, która poddała się aborcji, mogła trafić na rok do więzienia lub zostać ukarana grzywną w wysokości miliona wonów (ok. 1750 dolarów). Lekarz, który aborcji dokonał, mógł zostać skazany na 2 lata więzienia.

źródło: rp.pl

Pomimo restrykcyjnego prawa, szacuje się, że w 2017 roku w Korei Południowej wykonano 50,000 zabiegów terminacji ciąży, zaś w 2010 roku 169,000. Oznacza to, że dla tych dziesiątek tysięcy kobiet kontynuowanie ciąży, w tym danym momencie życiowym gdy zdecydowały się na aborcję, stanowiło większe ryzyko degradacji statusu społecznego niż możliwość poniesienia za to kary. Tendencję spadkową w ilości nielegalnych zabiegów, wiąże się ze wzrostem dostępności i świadomości na temat metod kontroli płodności. Jak widać surowe prawo antyaborcyjne wydaje się nie mieć pozytywnego wpływu na dzietność społeczeństwa i nie zapobiega przerywaniu ciąży przez ludzi.

Im macierzyństwo stanowi większe ryzyko społeczne, tym niższy przyrost naturalny

To jest moja teza, która odnosi się do krajów rozwiniętych. Jako Polki często wskazujemy, że przyczyną niskiego przyrostu naturalnego w naszym kraju jest słaba opieka zdrowotna, niepewność na rynku pracy, słaba sytuacja ekonomiczna, drogie mieszkania. Myślę, że jest w tym wszystkim prawda. Myślę też jednak, że nie dostrzegamy o wiele potężniejszych czynników, które oddziaływają na nas jako na społeczeństwo troszkę z tylnego siedzenia i powodują, że wyżej wymienione stają się tzw. „dealbreakerami”.

Standard służby zdrowia, a dzietność

Mimo, że mamy wiele do zarzucenia naszej służbie zdrowia, uważam, że dzięki heroicznej pracy fundacji Rodzić po ludzku i innych tego typu instytucji, oraz wzrostu zamożności PL po przystąpieniu do UE, standard opieki okołoporodowej w dużych miastach Polski jest na europejskim poziomie. Sytuacja w mniejszych miastach i miejscowościach wygląda gorzej. Jednak faktem jest, że nasze matki (osoby mające teraz 45-60 lat) mierzyły się z dramatyczną opieką okołoporodową, mimo tego dzietność była o wiele wyższa. Nie wynikało to z tego, że nasze matki były głupie albo nie umiały unikać ciąży (choć na pewno było im trudniej to robić niż nam teraz) i nie zdawały sobie sprawy z ryzyka jakie niesie poród i ciąża. Jak widać na przykładzie Korei Południowej i innych krajów rozwiniętych, które mają wysoki standard służby zdrowia a niski przyrost naturalny, że to nie jest argument ostateczny ani rozwiązujący problem dzietności.

Dostępność własnościowych mieszkań, a dzietność

Czy drogie mieszkania mogą być przyczyną niskiej dzietności? Często wskazujemy, że przyczyną nie decydowania się na dzieci jest to, że nie stać nas na własne mieszkanie. Również tutaj uważam, że jest to prawda, ale tylko częściowo.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa finansowego, bezpieczniej dla rodziny z dziećmi jest mieszkać w mieszkaniu wynajętym. Prawo bardzo skutecznie chroni lokatorów i praktycznie jest niemożliwe, żeby rodzina z dziećmi została eksmitowana z wynajmowanego mieszkania, choćby nie płaciła czynszu od lat i dewastowała to mieszkanie. Zatem rodzina z dziećmi najbezpieczniejsza jest właśnie w wynajętym mieszkaniu, nie obciążona kredytem i ryzykiem eksmisji. Nawet w przypadku utraty pracy jej byt mieszkaniowy jest wtedy chroniony prawem.

Jednak wszystkie osoby, które znam, czują bardzo silny przymus zakupu własnego mieszkania zanim zdecydują się na dzieci, mimo, że wiąże się to z ogromnym ryzykiem wzięcia 30 letniego kredytu o zmiennej stopie oprocentowania (innych nie ma na PL rynku kredytowym). Gdzie więc tu logika?

Po prostu nie chodzi o bezpieczeństwo finansowe, tylko o status społeczny. Jako społeczeństwo postrzegamy mieszkanie z dziećmi w wynajętym mieszkaniu jako godne politowania, degradujące społecznie i nie prestiżowe. Kojarzy nam się to z „patologia” i ludźmi żyjącymi na koszt innych. Dlatego wszyscy chcemy mieć „własne” mieszkanie na kredycie, żeby zwiększyć nasz status społeczny i nie być postrzegani jako niewystarczająco wartościowi członkowie społeczności. Nie dlatego, żeby sobie zapewnić bezpieczeństwo i stabilność, jak nam się wydaje, bo tego mieszkanie na kredyt nie zapewnia, jedynie podnosi prestiż i status społeczny rodziny.

Decyzja o macierzyństwie w krajach rozwiniętych łączy się z degradacją statusu społecznego

Jako ludzie jesteśmy stworzeniem stadnym i żyjącym w hierarchii społecznej. Naturalną potrzebą ewolucyjną każdego człowieka jest poszukiwanie uznania i zapewnienia sobie możliwie wysokiego statusu społecznego. To nas napędza do rozwijania kariery, zdobywania nagród, doskonalenia się w naszej dziedzinie, szukania partnerów i znajomych o wysokim statusie społecznym czy nawet angażowania się w zdobywanie oznak uznania i prestiżu na social media (lajki, followersy).

Żyjemy w systemie społecznym, w którym rodzicielstwo i posiadanie dzieci łączy się z degradacją statusu społecznego. W świecie, w którym posiadanie dzieci przestawiane jest jak jakaś kula u nogi, którą trzeba jak najszybciej odciąć przekazując dziecko pod opiekę instytucji lub babci i wrócić do „prawdziwego” życia, czyli oczywiście do życia zawodowego i bycia produktywnym.

W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się jego produktywnością, statusem zawodowym, zasobnością portfela, wypasionym autem i wakacjami na Malediwach, decyzja o założeniu rodziny automatycznie degraduje społecznie w tym wyścigu szczurów, obciąża rodzinę finansowo i zmniejsza jej możliwości bycia produktywnym i dostępnym zawodowo. Decyzja o założeniu rodziny sprowadza kobietę do bycia „madka, pincetplusem” a jej dzieci do „kaszojadów, gówniaków, bombelków” jak się pogardliwie określa kobiety i dzieci w sieci.

W świecie, w którym masz wartość tylko gdy chodzisz do pracy zarobkowej (choćby była to nawet nieprestiżowa praca opiekunki czy kucharki), a gdy opiekujesz się własnymi dziećmi i prowadzisz swój własny dom (np. gotując posiłki w domu i własnoręcznie sprzątając swój dom zamiast opłać te usługi w formie pracy zarobkowej innych osób), to „lenisz się w domu”. W świecie, w którym zawody związane z opieką nad innymi mają najniższy status społeczny (pielęgniarka, położna, nauczycielka, opiekunka dzieci i osób starszych), pomimo ogromnej wartości jaką niosą społeczeństwu.

Status społeczny kobiet, a uroda

W świecie, w którym Twoja wartość jako kobiety, mierzona jest w obwodzie talii, biustu i jędrności pośladków i płaskości brzucha, zajście w ciążę i macierzyństwo, to ryzyko utraty prestiżu i statusu społecznego na tym polu. W świecie, w którym Twoja wartość jako kobiety, łączy się z byciem obiektem pożądania mężczyzny i wartością „użytkową” Twojego ciała w łożu małżeńskim, ciąża i macierzyństwo to ryzyko utraty statusu społecznego również jako wartościowej kochanki i partnerki.

Wobec tego wszystkiego mnie nie dziwi wcale, że w krajach rozwiniętych postrzegane korzyści z założenia rodziny (samorealizacja jako rodzic, korzyści emocjonalne, przekazywanie swojego dorobku kolejnemu pokoleniu) nie wygrywają z ryzykiem utraty prestiżu społecznego jakie to stwarza dla kobiety i rodziny. Nie wynika to z *dobrobytu* i *lenistwa* czy braku ambicji. Wręcz przeciwnie, wynika to właśnie z pracowitości i ambicji kobiet, by żyć godnie i podtrzymać swój status społeczny i zapewnić wysoki status społeczny swoim dzieciom.

„Kiedyś to kobiety dzieci rodziły, nie to co teraz”

Typowa rozmowa na temat dzietności:

– Nie decydujemy się na dzieci, bo sytuacja ekonomiczna nam nie pozwala
– W PRL bieda była, a dzieci rodziło się dużo
– Ale to inne czasy były….

Co to dokładnie znaczy, że były inne czasy? Że ludzie nie mieli wyboru? Że ludzie byli głupi? Że ludzie nie widzieli, że jest bieda? Śmiem twierdzić, że nie. Po prostu postrzegana wartość macierzyństwa była inna. Państwo budowało żłobki (były nawet okropne żłobki tygodniowe dla najniższych warstw społecznych – oddajesz w poniedziałek i odbierasz w piątek – mam nadzieję, że te czasy nigdy nie wrócą!) i przedszkola, macierzyństwo było postrzegane jako wartościowe, a matki były bardziej szanowane niż są teraz. Już wtedy przemiany społeczne w tym zakresie zachodziły, wartość kobiet coraz mocniej zaczynała być powiązania z ich aktywnością zawodową, a coraz mniej z macierzyństwem i prowadzeniem domu, jednak wciąż rola kobiety jako matki była istotna i pozytywnie postrzegana w społeczeństwie. Takie odnoszę wrażenie.

Kiedy myślimy o biednych krajach, w których rodzi się dużo dzieci, widzimy przede wszystkim biedę i łączymy ją z wysoką dzietnością. Jest to skorelowane, ale nie jest to moim zdaniem przyczyna. O wiele istotniejsze od zamożności społeczeństwa, jest to, że w tych krajach rodzenie dzieci, zakładanie rodziny i bycie matką i ojcem wielodzietnej rodziny jest sposobem na podniesienie swojego prestiżu i statusu społecznego. Rola matki i ojca jest w tych społeczeństwach wysoko ceniona, a dla kobiety jest zazwyczaj jedyną dostępną drogą podniesienia swojego prestiżu i zyskania szacunku społecznego.

A jak to wygląda u nas? Bycie matką wielodzietną jak jest odbierane w społeczeństwie? Patologia. Zasiłkowy dobrobycik. Niepełnosprawność umysłowa. Maria Śpikowska z bloga mamajastado.pl, matka siódemki dzieci, dzieliła się kiedyś swoimi doświadczeniami, jak to jest być matką wielodzietną w Polsce. Ludzie z góry zakładają, że jest niepełnosprawna umysłowo i mówią do niej bardzo powoli, zakładają, że nie potrafi się zabezpieczać, traktują ją z politowaniem. Musi dopiero „odczarować” te założenia, udowodnić sobą, że jest normalną kobietą, która po prostu zawsze marzyła o wielodzietnej rodzinie. Bycie matką wielodzietną automatycznie degraduje jej prestiż społeczny, a powinno być odwrotnie , jeśli chcemy żyć w społeczeństwie, w którym rodzi się wiele dzieci.

W głowie nam, jako społeczeństwu Zachodu XXI wieku, się nie mieści, że kobieta mogłaby z własnej woli chcieć urodzić i wychowywać liczne potomstwo. Łączy się to dla kobiety z szyderstwem, pogardą, zakładaniem, że jest niezdolna do samodzielnego myślenia.

Nie każdy ma tak silną potrzebę realizacji jako rodzic, by być w stanie się na to zgodzić i nie każdy ma możliwość ekonomiczną ryzykować utratę pracy i prestiżu społecznego. Dlatego tak wiele osób odkłada decyzję o powiększeniu rodziny na później, aż zwiększą swój status społeczny, aż będą mieć mieszkanie, studia, pozycję zawodową, osiągnięcia w swoim dorobku itd. Chcą umocnić swój status i prestiż społeczny na tyle, żeby założenie rodziny ugodziło w niego możliwie jak najmniej i nie przekreśliło możliwości jego dalszego zwiększania. Gdy już decydują się na dzieci, zwykle jest to jedno dziecko, max dwójka. Żeby nie obciążyć za mocno swojej kariery, żeby jak najszybciej wrócić do pracy, które jest postrzegane jako „normalne” życie.

Inaczej postrzegamy szczupłą dyrektorkę działu w korpo na szpilkach i z zawsze zrobionymi włosami i paznokciami, która decyduje się na jedno dziecko po 10 latach budowania swojej kariery, niż bardziej krągłą kasjerkę czy dziewczynę zaraz po studiach albo jeszcze w trakcie, która chce mieć tych dzieci kilkoro. Dyrektorka już swoje w życiu osiągnęła, odpracowała swoją jałmużnę dla społeczeństwa, może sobie teraz pozwolić na „kaprysy” kobiece jak zakładanie rodziny, poza tym jest szczupła i zadbana, więc ciąża i bobasem wygląda u niej tak ślicznie. A kasjerka czy studentka? Jak ona chce utrzymać te dzieci? Z pensji męża? Z 500+? A co z jej karierą? Głupia jest czy co? Cooo? Ona chce mieć 4 dzieci? Tylko będzie w domu siedziała i dzieci rodziła? Żałosne.

Inne czynniki, które wpływają na dzietność, zwiększając bezpieczeństwo matek

Czynniki takie jak dostęp do służby zdrowia czy bezpiecznej aborcji też mają wpływ na skłonność kobiet do podjęcia ryzyka zajścia w ciążę, ponieważ minimalizują ryzyko śmierci, utraty zdrowia i kontroli nad swoim życiem, które wbrew pozorom kobiety kalkulują i są ich świadome. Jest to ryzyko, którego mężczyźni nie czują i nie zrozumieją, ponieważ ich ono nie dotyczy w tak bezpośrednim stopniu jak kobiet.

Dostępność tanich żłobków, przedszkoli i przychodni ma wpływ, ponieważ również zmniejsza ryzyko utraty kontroli nad swoim życiem (np. przez brak możliwości pójścia do pracy zarobkowej). Prawo pracy, które chroni kobiety i oferuje im zabezpieczenie finansowe na czas opieki nad malutkim dzieckiem jest istotne, ponieważ również zmniejsza ryzyko finansowe, które musi kalkulować kobieta krajów rozwiniętych, gdy rozważa decyzję o powiększeniu rodziny (ponieważ w przeciwieństwie do krajów słabo rozwiniętych, jest to również jej odpowiedzialność, a nie tylko męża).

Myślę, że właśnie w ten sposób warto patrzeć na kwestie dzietności społeczeństw rozwiniętych. Nie jako efekt rozpuszczenia, lenistwa czy snobizmu, tylko jako kalkulację zysków i strat. Zbudowaliśmy społeczeństwo kultu pracy obu płci, w którym straty z powodu wyboru stania się rodzicem, przeważają nad zyskami.

Podsumowując wszystko w jednym miejscu, będąc kobietą, żyjącą w kraju rozwiniętym, decyzja o założeniu rodziny może oznaczać:
– utratę statusu społecznego związanego ze świadczeniem pracy zarobkowej
– utratę pracy (gdy UoP jest niedostępna) i źródła zabezpieczenia finansowego siebie i swoich dzieci
– ryzyko utraty statusu społecznego związanego z urodą i byciem „przydatną” seksualnie (oczywiście kobieta jest istotą seksualną całe swoje dorosłe życie, ciąża i poród nic tu nie przekreśla, wiele kobiet rozwija się seksualnie po doświadczeniu porodu i jest bardziej świadoma swojego ciała, wszystkie narządy wracają do normy po połogu. To przekonanie wyrażane w popularnych żartach na temat seksualności kobiet po porodzie i w małżeństwie jest pozostałością po micie dziewictwa i traktowaniu kobiet jako przedmiotów użytkowych mężczyzn – jakoby akty seksualny czy poród kobietę *zużywał* i nie była już dość użyteczna, by móc cieszyć mężczyznę w łóżku)
– ryzyko utraty statusu społecznego związanego ze zmianą stylu życia (podróże, drogie gadżety, piękne ubrania, wypasione lokale, ogólnie lans i piękno)
– ryzyko obniżenia standardu życia do progu ubóstwa (np. jeśli kobieta jest na umowie o dzieło/zlecenie i straci źródło utrzymania w wyniku ciąży, jeśli partner od niej odejdzie, a nie jest w związku małżeńskim itd.)
– ryzyko dożywotniej utraty wolności i kontroli nad swoim życiem (w wyniku np. narodzin dziecka nieuleczalnie chorego lub stania się samotną matką w trudnej sytuacji zawodowej)
– ryzyko śmierci i utraty zdrowia w wyniku powikłań w trakcie ciąży lub po porodzie

Ryzyka uporządkowałam od najbardziej prawdopodobnych do najmniej prawdopodobnych. Wiele z tych ryzyk nie dotyczy kobiet w krajach mniej rozwiniętych, gdzie jedyną ścieżką dostępną dla kobiety jest rodzenie dzieci. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy cofnąć się w rozwoju społecznym, tylko stworzyć społeczeństwo rozwinięte, w którym macierzyństwo i ojcostwo łączą się z prestiżem i zminimalizować te wszystkie ryzyka, które odstraszają obecnie kobiety od zakładania rodziny.

Na przeciwko tych ryzyk i kosztów stoją zyski:
– realizacja instynktu rodzicielskiego
– głębsza samorealizacja jako człowiek i rodzic
– korzyści emocjonalne z budowania i cieszenie się szczególną więzią jaka łączy rodziców i dziecko
– powołanie na świat osoby, która będzie nam bliska do końca naszych dni i przeżyje nas
– powołanie na świat osoby, która będzie gotowa nas wspierać i obdarzyć opieką, gdy życie zatoczy koło i znów wylądujemy w pieluchach tylko tym razem ze starości
– przekazywanie swojego dorobku i dziedzictwa dalej

Jeśli chcemy żyć w świecie, w którym następuje zastępowalność pokoleń i dziedzictwo naszej cywilizacji jest kontynuowane, jeśli chcemy żyć w świecie, w którym ludzie mogą realizować swój przyrodzony instynkt zakładania rodziny i dawania siebie kolejnym pokoleniom, musimy dokonać jako społeczeństwo zmiany postrzegania. Zacząć postrzegać macierzyństwo i ojcostwo jako ważne i wartościowe role społeczne, które zwiększają prestiż społeczny rodziny, a nie go zmniejszają lub wręcz przekreślają.

Jakiekolwiek działania rządu w zakresie poprawy służby zdrowia, dotowania kredytów na mieszkania, podnoszenia płacy minimalnej, eliminacji umów śmieciowych czy oferowania kolejnych programów socjalnych, nie będą miały tak dużego wpływu, jak zmiana społecznego postrzegania rodzicielstwa jako zwiększającego prestiż, a nie jako powód do politowania, współczucia i pogardy.

Narzędzia rządu do systemowego zwiększenia prestiżu rodzicielstwa

Rząd ma narzędzia do systemowego zwiększenia statusu społecznego rodzin wielodzietnych i moim zdaniem te narzędzia w końcu zaczął zauważać i wykorzystywać:

  • Ulga podatkowa dla rodzin 4+
    To jest bardzo dobra zmiana wprowadzona w Nowym Ładzie, danie rodzinom wielodzietnym przywileju zwolnienia z podatku aż do kwoty 171 tyś złotych (85 tyś na każdego małżonka) to systemowe stworzenie warunków, w którym posiadanie dużej ilości dzieci staje się czymś korzystnym i zwiększającym status finansowy rodziny. Staje się to rodzajem ścieżki do zwiększenia statusu materialnego rodziny, ponieważ znacznie przewyższa koszty powiększenia rodziny. Jest pozytywnym bodźcem do powiększania rodziny dla rodzin zamożnych, a nie najuboższych (jak świadczenia typu 500+), co jest korzystne pod każdym względem dla społeczeństwa.
  • Emerytury dla matek 4+
    To też jest zmiana, która systemowo zwiększa status społeczny kobiet, które poświęciły połowę swojego życia na powołanie nowego pokolenia. Zapewnienie państwowej emerytury wielodzietnym matkom, tworzy specjalny przywilej dla tej grupy społecznej, zrównując wartość ich pracy poświęconej na powołanie nowego pokolenia, z pracą zarobkową przydatnych społecznie zawodów, które również mają zapewnioną państwową emeryturę.

Jeśli chodzi o skuteczność programów socjalnych typu 500+ i innych doraźnych benefitów finansowych oferowanych przez rząd rodzinom z dziećmi, nie mam wystarczającej wiedzy, by móc to ocenić. Możliwe, że odpowiada to na potrzeby części ludzi, zwłaszcza mieszkających na wsi czy w małych miejscowościach, które mają duże problemy finansowe i małą dostępność stabilnych miejsc pracy.

Jakby nie patrzeć jest rodzajem społecznego wynagrodzenia finansowego za czas i wysiłek włożony w powołanie do życia nowego pokolenia i zapewnieniem stabilnej bazy finansowej dla rodziny (chociażby na żywność). Tego czasu i wysiłku, kobieta, która zdecyduje się na bycie matką, w naturalny sposób nie może poświęcić na pracę zarobkową w takim samym stopniu jak bezdzietna. Jeśli państwu i społeczeństwu zależy na zastępowalności pokoleń i uczynienia z macierzyństwa konkurencyjnej ścieżki dla kariery zawodowej, tego typu rodzaj promowania wyboru macierzyństwa wydaje się potrzeby, choć nie jestem przekonana do tej konkretnej formy.

Z perspektywy statusu społecznego, ten zasiłek zdegradował jeszcze mocniej kobiety i matki, zwłaszcza wielodzietne, jeszcze mocniej zaostrzając pogardliwe postrzeganie ich jako patologicznych czy *leniwych*, bo żyjących z zasiłków. Z mojej osobistej perspektywy, mam wrażenie, że skuteczniejszym i korzystniejszym społecznie krokiem, byłoby zastąpienie programu 500+, programem zwiększenia dostępności umów o pracę wśród kobiet. Mogłoby to być wzięcie na państwo 100% kosztów związanych z urlopami macierzyńskimi na umowach o pracę i prowadzenie kampanii zachęcającej lub wręcz premiującej jakąś ulgą podatkową zatrudnianie kobiet ciężarnych na UoP. Wydaje mi się, że byłoby to korzystniejsze niż 500+ ponieważ:

  • promowałoby aktywność zawodowa kobiet, co ma związek z podtrzymaniem wysokiego PKB i konkurencyjności gospodarki wobec krajów, w których kobiety są aktywne zawodowo
  • nie degradowałoby statusu społecznego matek do osób żyjących z zasiłku
  • zachęcałoby do zakładania rodziny grupy społeczne, u których zwiększanie dzietności jest najbardziej pożądane (aktywni zawodowo, wykształceni)

Inne narzędzia do systemowego zwiększenia prestiżu rodzicielstwa

Ponieważ kult pracy i sukcesu czy kult urody są wynikiem przekonań i wartości wyznawanych przez całe społeczeństwo, każdy z nas trzyma w sobie narzędzia do osłabienia tych procesów i do stworzenia korzystniejszych warunków dla ludzi do zakładania rodziny i realizowania siebie również na tym polu.

Zaakceptujmy, że każdy człowiek ma prawo realizować swój potencjał jako człowiek i żadna droga nie jest lepsza ani gorsza.
Kobieta wybiera karierę naukową? Ok, dziękuję za to, co dajesz od siebie (praca naukowa).
Kobieta rezygnuje całkiem z posiadania dzieci i pracuje zawodowo? Ok, dziękuję za to, co dajesz (praca zawodowa).
Kobieta rezygnuje z kariery zawodowej i zakłada wielodzietną rodzinę? Ok, dziękuję za to, co dajesz (nowe pokolenie).
Mężczyzna rezygnuje z kariery zawodowej i zakłada wielodzietną rodzinę? Ok, dziękuję za to, co dajesz (nowe pokolenie).

I tak dalej…

To jest zmiana mentalna, która pociągnie za sobą wszystkie inne potrzebne zmiany systemowe. Jeśli zaakceptujemy, że ludzie mają wartość bez względu na to co robią, ile zarabiają, jak żyją i jak wyglądają, stworzymy warunki do tego, by więcej ludzi realizowało swój potencjał, w tym również instynkt rodzicielski. Nie pod przymusem, tylko dlatego, bo tego chcą i nie wiążę się to dla nich z kosztem degradacji prestiżu w społeczeństwie.

Jeśli założymy, że każdy ma w sobie coś cennego, nosi w sobie jakiś potencjał, który pragnie realizować i zaoferować światu, to zrozumiemy, że nie ma jednego przepisu na życie i sukces. Znajdziemy więcej akceptacji dla siebie i dla innych.

Jeśli chcemy zwiększyć zastępowalność pokoleń, musimy stworzyć jako społeczeństwo warunki, w których bycie matką jest awansem społecznym, a nie jego degradacją. To jest klucz do zmiany, poprawa służby zdrowia, zwiększenie bogactwa narodu, stworzenie jeszcze większej ilości zasiłków to kroki być może mile widziane przez jedną czy drugą grupę społeczną, ale nie kluczowe, by nastąpiła zmiana na tym polu.