Strona główna » Spis treści » Adaptacja do przedszkola i moje dziecko high need

Adaptacja do przedszkola i moje dziecko high need

Nigdy nie operowałam określeniem dziecko high need w stosunku do mojego synka, ale zawsze mówiłam, że potrzebuje on wyjątkowo dużo miłości, czułości i fizycznej bliskości ze mną. Dopiero siadając do pisania tego wpisu, zorientowałam się, że jest to faktycznie dziecko high need, czyli dziecko o większych niż przeciętne potrzebach fizycznej bliskości, wsparcia i czułości.

Córka i syn, dwa różne temperamenty

Moja córeczka (starsza od syna o 1,5 roku) ma z kolei temperament odwrotny, potrzebuje mniej wsparcia i czułości niż to co uważam za przeciętne. Zdecydowanie nie jest to dziecko high need ;-). Jej adaptacja do przedszkola nie była żadnym problemem, po prostu przyszła się bawić i radośnie eksplorować otoczenie i nawet nie zwróciła większej uwagi na moje słowa, że później po nią przyjdę. Nie lubi za bardzo się tulić, szybko czuje się przytłoczona przytulaniem i mówi, że ma wrażenie, że nie może się ruszać. Lubi za to siedzieć na kolanach bez większego tulania, jeśli akurat ma taką potrzebę i tak sama wybierze.

Synek potrzebował być „ciągle” na rękach i przy piersi

Mój synek za to od urodzenia miał bardzo duże potrzeby bliskości, ciągle chciał być na rękach i przy piersi. Od kiedy był w stanie się sam w miarę poruszać to nie mógł spać inaczej niż włażąc na mnie i obejmując mnie rączkami. Serio. Wszelkie próby odłożenia go skutkowały odpaleniem syren zrozpaczenia. Dziecko high need? Zdecydowanie tak. Do dzisiaj przychodzi do nas w nocy z okrzykiem „mamin!” i zasypia ponownie leżąc na mnie głową albo blisko przytulony. Próby odklejenia się skutkują ponowną pobudką i włażeniem na mamę ;-). Jednak z czasem ta potrzeba ulega zaspokojeniu i zmniejszeniu.

Gdy był mniejszy i przychodziliśmy do dziadków bał się bawić i radośnie eksplorować otoczenie i kurczowo się mnie trzymał. Małe rzeczy potrafiły go przestraszyć (np. jakiś odgłos z oddali) i zaraz biegł do „mamin” odnaleźć poczucie bezpieczeństwa. Moi rodzice używali nieprzyjemnych epitetów, by opisać jego temperament „beksa” i wyrażali dezaprobatę. Karmiłam go piersią równo dwa lata (córka przestała pić moje mleko ok 7 msc życia). Prosił o „mlenio” wiele razy dziennie i bardzo rozpaczał jeśli nie chciałam mu dać (np. gdy zaczęłam odmawiać po kolei nocnego mleczka, kiedy miał już ponad rok). Przez rok dosłownie prawie wszystko robiłam z nim na rękach, łącznie z gotowaniem. To wszystko było dla mnie wymagające i wiele razy miałam dość, chciałam odzyskać trochę przestrzeni i oddechu dla siebie. Dawałam ile mogłam z siebie, żeby zapełnić tą potrzebę bliskości w takich ilościach w jakich syn tego wymagał, ale było to dla mnie trudne.

Uważam, że jak na dziecko, które zaczęło swoje życie obdarzone tak czujnym i lękliwym temperamentem, w tym momencie bardzo fajnie rozwija się u niego pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa w świecie, odwaga i gotowość do badania otoczenia. Jestem z niego bardzo dumna i nie myślę o nim w kategorii etykiety „dziecko high need”, tylko w kategorii zaspokajania wrodzonych potrzeb, które każdy człowiek ma trochę inaczej natężone.

Adaptacja syna w przedszkolu w grupie „żłobkowej”

W przedszkolu do którego chodzi moja córka jest grupa maluszków w wieku 2-3l. Do tej grupy zapisaliśmy synka, który teraz ma 2 lata, ponieważ nie dostaliśmy się do żadnego z okolicznych żłobków. Pierwsze dwa dni standardowo siedzieliśmy z nim po 2h dziennie. Adaptacja ze mną przebiegała tak, że trochę się bawił i potem przybiegał poczuć się bezpiecznie i trochę zregenerować zasoby odwagi do dalszej zabawy. W dzień kiedy był mój mąż, nie odstępował go na krok i bał się w ogóle bawić. Pierwszy raz jak wyszłam było OK, ale później jak się zorientował to już rozpaczał bardzo przy jakiejkolwiek próbie opuszczenia sali przeze mnie. Same przedszkolanki przyznały, że naprawdę trudno go uspokoić. Wiem o tym. Bardzo intensywnie przeżywa emocje, więc jak tęskni i czuje się zrozpaczony, to wszyscy w promieniu 5km o tym muszą się dowiedzieć i wrzeszczy ile sił w płucach, póki starczy sił.

Nie chciałam złamać syna

Nie wyobrażałam sobie, żeby „łamać” go, zostawiając go po prostu takiego zrozpaczonego i zamykać za sobą drzwi sali. Siedząc na adaptacji widziałam, że u niektórych dzieci nadal tak to właśnie wygląda, mimo, że chodzą do tego przedszkola już pół roku. Mamy taką możliwość, więc uznałam, że jak się nie zaadaptuje na tyle, by z własnej woli tam chodzić, to odpuszczam i poczekam jeszcze pół roku i powiedziałam o tym przedszkolankom.

Wiedziałam, że ma potrzeby społeczne

Poza tymi normalnymi matczynymi obawami i troską o dobrostan emocjonalny syna, zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że on ma już 2 lata, ma swoje potrzeby społeczne, nudzi się w domu i wiele razy mówił, że chce chodzić do przedszkola jak córka. Wiedziałam, że da radę świetnie się zaadaptować, tylko potrzebuje więcej czasu niż przeciętne dziecko, by poczuć się bezpiecznie i nawiązać bezpieczną więź z ciociami z przedszkola.

Mój schemat Podporządkowanie, a adaptacja syna

Miałam bardzo silny schemat Podporządkowanie wg Terapii Schematu, czyli wewnętrzny przymus podporządkowywania się innym osobom i nie wchodzenia z nikim w konflikt, nawet wysokim kosztem. Ten schemat bardzo osłabiłam w czasie kilku lat terapii, jednak dalej we mnie siedzi w postaci złośliwych podszeptów i w ta sytuacja wymagała ode mnie działania wbrew mojemu schematowi, który się aktywował.

Na początku umówiliśmy się, że przychodzimy na adaptację na 9, po przedszkolnym śniadanku. Po pierwszym dniu zdałam sobie jednak sprawę, że gdy zostawiamy dzieci u dziadków, syn pierwsze co robi to radośnie biegnie do stołu, siada i zaczyna się częstować tym co tam dziadkowie zawsze mają na stole. Pomyślałam, że możemy to skopiować w przedszkolu i przyjść na 8:30 na śniadanko, żeby mógł zacząć dzień w przedszkolu, tak samo jak zaczyna pobyt u dziadków. Uznałam też, że skoro lubi jeść, to zbuduje mu miłe doświadczenia wokół bycia w przedszkolu. Zapełniający się brzuszek, smaczne rzeczy, wspólne jedzenie z innymi dziećmi i tak dalej.

Przedszkolanka niemal mnie okrzyczała

Gdy przyszliśmy pół godziny wcześniej, a nie na 9, przedszkolanka niemal mnie okrzyczała, że adaptacja zaczyna się o 9 i jak 9 to 9, nie można tak przychodzić wcześniej, tadadadam. Oczy miałam okrągłe ze zdziwienia, że to jest taki problem i próbowałam dociec co stanowi przeszkodę, by zaczynać wcześniej, skoro przedszkole przyjmuje dzieci od 8. Ostatecznie uznała, że jak już jesteśmy to żebyśmy weszli. Zaczęłam jej mówić, że nie wiedziałam, że to jest problem i że specjalnie przyszłam wcześniej, przekazałam jej cały mój tok myślenia na ten temat. Złagodniała bardzo szybko i przekonała się do mojego pomysłu, synek super się odnalazł na śniadanku i zaczął swobodnie gadać z ciociami przy stole popijając mleczko z kubeczka. Ostatecznie dostałam namaszczenie, żeby przychodzić właśnie na 8:30 i adaptować go od śniadania ;-). Schemat Podporządkowanie zaorany, pozytywne wzmocnienie za wejście w konfrontację i stanięcie po swojej racji.

Po 2 dniach adaptacji przedszkolanki już silnie nalegały, żebym wyszła z sali i go zostawiała. Mówiły mi, że przecież ja nie mogę tutaj z nim zawsze siedzieć, ze musi się przyzwyczaić, że mnie nie będzie. Ja jednak wiedziałam, że syn da radę się zaadaptować i przyjdzie czas, że mnie pożegna z lekkim sercem, ale jeszcze nie dziś. Widziałam, że nie czuje się jeszcze bezpiecznie, nie nawiązał bezpiecznej więzi z ciociami i uważa je jeszcze za obce osoby.

Obawiałam się, że jak zacznę go teraz zostawiać, być może nigdy nie da rady poradzić sobie z uczuciem bezradności, samotności i lęku w przedszkolu i będzie jednym z tych dzieci, które siedzą z boku smutne i całe dnie popłakują za mamą. Siedząc w przedszkolu przez 3 dni (1 dzień był mąż) widziałam, że jest kilka takich dzieci, które niezależnie od dnia nie angażują się w zajęcia i całe dnie popłakują zrozpaczone za rodzicami. Bardzo mi było żal tych dzieciaczków i miałam ochotę je mocno przytulić do serca, nie chciałam, żeby mój syn dołączył do ich grona. Uważałam, że biorąc pod uwagę jego wrażliwość i skłonność do reakcji lękowej, takie ryzyko istnieje.

Trudno mi było postawić na swoim, ale było warto

Było mi trudno siedzieć w tym przedszkolu, mimo ich zniesmaczenia takim przebiegiem adaptacji, mimo moich wyobrażeń o ich myślach na mój temat i na temat tego jak bardzo psuje im dzień ;). Okropnie się też tam nudziłam. Zależało mi jednak, żeby syn stanął pewnie na nogach w tym przedszkolu i korzystał na 100% z tego co mu może zaoferować ta placówka i wiedziałam, że muszę mu dać do tego silne fundamenty w postaci mojej obecności i asekuracji. Z dnia na dzień poprawa była duża, coraz chętniej się bawił, coraz rzadziej do mnie przybiegał, coraz więcej rozmawiał z ciociami z przedszkola zamiast ze mną, brał udział z zajęciach i nie oglądał się na mnie i tak dalej.

Czwartego dnia, było już naprawdę super, uznałam, że nawiązał więzi z przedszkolankami, bardzo ładnie się bawił i brał udział w zajęciach. Wychodząc powiedziałam mu, że super zuch z niego i jutro ja pójdę popracować, a on chwilę pobawi się z ciociami i dziećmi bez mamy. Od razu odpaliły się syreny zrozpaczenia i lekka panika, nie za bardzo do niego przemawiało to, że mówiłam, że to dopiero jutro, myślał że już teraz chcę go zostawić. W klapkach paniki chciał po prostu być blisko mamy i nie dawał się odłożyć nawet żeby się ubrać i pójść razem do domu. Trochę mnie to zbiło z tropu i się zastanawiałam jak odpowiedzieć na jego emocje tak, żeby mógł przez nie przejść i cieszyć się zabawą w przedszkolu bez ciągnącego się za nim smutku i paraliżującego przerażenia.

Słowo „praca” nic nie znaczyło dla mojego syna

Zastanawiając się nad tym i próbując sobie wyobrazić perspektywę ze strony małego dziecka, zdałam sobie sprawę, że słowo „praca” jest dla niego zupełnie abstrakcyjne. Nigdy dotychczas w jego życiu nie wychodziłam do pracy i nie wie co to znaczy. Była to dla niego wielka niewiadoma, która tylko pogłębiała niepokój i niepewność. Pomyślałam za to, że doskonale wie co to znaczy „zakupy”, bo wiele razy już wychodziłam sama na zakupy w jego życiu i żegnał mnie z lekkim sercem, wiedząc, że wrócę i że przyniosę mu coś dobrego. To było coś, co znał i tego postanowiłam się trzymać.

Zaczęłam więc mówić mu, że jutro jak będzie w przedszkolu się bawił z ciociami i dziećmi, ja pójdę na zakupy i kupię mu coś dobrego. Pytałam co mam mu kupić. Reakcja już była lepsza, bo bez paniki, tylko strach. Przytulał się bliżej i mówił „boja. z mamin.”, dając znać, że nie chce jeszcze sam zostać w przedszkolu.

Zaczęłam nazywać jego emocje. Pytałam „boisz się jeszcze zostać z ciociami w przedszkolu?”, odpowiedź: „tak. z mamin.” i mocne tulenie się. Na co ja odpowiadałam „rozumiem, też bym się pewnie trochę bała. Ale wiesz, ciocie tam są po to, by się opiekować i bawić się z dziećmi. Przedszkole jest bezpieczne dla dzieci. Nie zostawiłabym Cię w niebezpiecznym miejscu. Jesteś bezpieczny w przedszkolu”. Wiele razy tą rozmowę powtórzyliśmy, ale dalej nie było jeszcze efektu, którego oczekiwałam, czyli przezwyciężenia tego strachu przed byciem w przedszkolu bez mamy. Zastanawiałam się co jeszcze mogę zrobić, żeby pomóc mu zrozumieć, że jest tam bezpieczny i że wrócę po niego.

Odgrywaliśmy scenki, żeby pokonać trudne emocje

Pomyślałam, że słowa, że ja wrócę po niego, wydają mu się abstrakcyjne i nie przemawiają do niego. Myśli tylko o tym, że nie będzie widział gdzie ja jestem i będzie się tam czuł sam. Zaczęłam więc robić coś takiego:

Jutro pójdziemy do przedszkola na śniadanko, zostaniesz z dziećmi i z ciociami się pobawić, a ja pójdę na zakupy i kupię Ci Monte.” i pokazywałam paluszkami jak nóżkami jak idę do sklepu. „Zrobię zakupy i szybko biegiem wrócę do przedszkola po mojego synka” i teraz moje paluszki odwracały się i biegły w stronę synka robiąc „tup tup tup” i łaskocząc go po brzuszku.

Bardzo mu się to spodobało, pojawił się uśmiech na buzi, a potem śmiech. Nie zliczę ile razy to powtórzyliśmy, śmiejąc się i przytulając. Później jeszcze się bawiliśmy, że wchodzi „do przedszkola” na taką matę w pokoju, a ja idę na zakupy, a później biegnę do niego i go przytulam i wracamy razem do domu. Ta zabawa też bardzo mu się spodobała i chciał ją w kółko powtarzać.

Włożyłam naprawdę dużo wysiłku w to i nie jest to rzecz, którą najbardziej chciałam robić tego wieczoru – odgrywać kilkadziesiąt razy tą samą scenkę i powtarzać ciągle to samo. Ale zaprocentowało. Na wieść o tym, że pójdzie do przedszkola, z uśmiechem odpowiadał „tup tup tup, Monte!” pokazując paluszkami.

Rano w szatni był moment zawahania

Rano w szatni jak przebraliśmy buciki, na chwilę miał moment zawahania i powiedział że „boje.” przytulając się mocno. Przytuliłam go mocno, powiedziałam, że rozumiem, że się boi i przypomniałam mu znowu tą naszą historyjkę z „tup tup tup”. Ucieszył się, sam zszedł z kolan i zaczął iść w kierunku sali. W sali ruszył prosto do stolików dołączyć do śniadanka. Powiedziałam, że idę na zakupy, a on bez żalu odpowiedział „papa” idąc dalej do stolika.

Jak go odbierałam, to nawet dłuższą chwilę jeszcze nie zauważył, że jestem, gdy rozmawiałam z przedszkolanką. Był bardzo pochłonięty wspólną zabawą klockami. Jak mnie w końcu dostrzegł bardzo się ucieszył „O! Akuku!” i przybiegł się przytulić i wyciągnąć z torby obiecane Monte ;-). Przedszkolanka mówiła, że było super, że nawet na chwilę nie popłakał i świetnie się bawili i że spokojnie mogłam nawet później przyjść. Mówił, że „Podoba!” gdy rozmawialiśmy o przedszkolu, odpowiadał, że chce znowu przyjść się pobawić i był pozytywnie nastawiony.

Czuję się zbudowana tą sytuacją, mój wysiłek się opłacił

Czuję się bardzo dumna i zbudowana całą tą sytuacją. Bardzo się cieszę, że znalazłam w sobie siłę, żeby narzucić własny pomysł na adaptację wbrew presji ze strony przedszkolanek, oparty na mojej obserwacji i znajomości syna. Cieszę się, że nie ponaglałam i nie umniejszałam jego uczuciu strachu („nie bój się”), nie wyszydzałam („no daj spokój, taki duży chłopak, a się boi?”), nie porównywałam („zobacz, a Józio się nie boi”), nie próbowałam go złamać (np. nie wrzuciłam go zrozpaczonego do sali i nie uciekłam) i tak dalej.

Cieszę się, że udało mi się znaleźć w sobie siłę, żeby zaakceptować jego emocje, dać mu przestrzeń i warunki, by sobie z nimi poradzić. Cieszę się, że udało mi się spojrzeć na sytuację jego oczami i znaleźć środki komunikacji, które najlepiej odpowiedziały na jego potrzeby i pozwoliły mu przejść przez swój strach. Cieszę się, że udało mi się zaadaptować techniki wyobrażeniowo-doświadczeniowe, które znam z terapii schematów, do poradzenia sobie z bieżącymi trudnymi emocjami syna. Bo dokładnie tym była zabawa w pójście do sklepu i szybkie przybieganie po syna – możliwością przeżycia tych trudnych emocji, w wyobrażonej scence z happy endem, w której syn poczuł, jak po niego wracam :). Dzięki temu na ten moment zrozumiał i poczuł, że po niego wrócę, co pomogło mu stawić czoła odczuwanemu lękowi przed porzuceniem, bezradnością i samotnością.

Niestety nie jest to coś, co starczyło raz na zawsze. W kolejnych dniach nie miałam siły tyle energii wkładać w zapewnianie go, że wrócę i adresowanie jego wątpliwości. Pojawiły się kryzysy i gorsze momenty. Mimo tego, chce iść do przedszkola i widać, że biją się w nim dwie sprzeczne potrzeby. Myślę, że mimo moich najszczerszych chęci, nie jestem w stanie całkowicie odjąć synowi trudnych uczuć związanych z tą nową, trudną sytuacją. Staram się być dostępna dla niego emocjonalnie i fizycznie i wspierać go w tych emocjach i wiem, że w końcu je w sobie przepracuje.

Inne artykuły, które mogą Ci się spodobać:

Schemat Izolacja Społeczna

Ruminacje, czyli nakręcające negatywne myśli

Zniekształcenia poznawcze, a dramy w social mediach

Pętla dopaminowa, czyli jak uzależniają treści cyfrowe?

Dziękuję za Twoją uwagę. Jeśli chcesz być ze mną w bliższym kontakcie, zapraszam Cię na mój Instagram @higienamyslenia, na YouTube @higienamyslenia i podcast higiena myślenia, który znajdziesz na Spotify i Google Podcasts.
Autorem zdjęcia jest La-Rel EasterUnsplash