Strona główna » Spis treści » Moja depresja i reakcja emocjonalna na pandemię

Moja depresja i reakcja emocjonalna na pandemię

Początek roku 2020 był dla mnie jednym z najtrudniejszych okresów w życiu. Od około 11-13 roku życia borykałam się z depresją o zmiennym natężeniu. Moja ogólna kondycja psychiczna pod koniec roku 2019 była średnia, taka też była moja depresja – umiarkowana. Byłam wyczerpana „intensywnym rodzicielstwem” w które angażowałam się w 200% ignorując swoje potrzeby i granice. Męczyło mnie nadzorowanie remontu mieszkania w ciąży i finalnie przeprowadzka w 8 miesiącu ciąży, brakiem bezpiecznego gniazda do powicia dziecka aż do końca ciąży, intensywnymi i bardzo toksycznymi spięciami z moją mamą gdy jeszcze mieszkaliśmy u niej w trakcie trwania remontu w naszym nowym mieszkaniu. Miałam umiarkowaną depresję, byłam podatna na poczucie braku bezpieczeństwa i stabilności, a jako osobie w zaawansowanej ciąży moje potrzeby w tym zakresie były duże.

Narastające poczucie zagrożenia, lockdown na poważnie

Poród miałam jeszcze przed lockdownem (bardzo jestem za to wdzięczna), jednak krótko po porodzie bardzo się wkręciłam w obserwowanie rozwijającej się pandemii w Chinach, a później we Włoszech. Bardzo tym żyłam i karmiło to moje lęki i poczucie zagrożenia. Zaczęłam się izolować i unikać wychodzenia z domu jeszcze jakieś 2 tygodnie przed oficjalnym rozpoczęciem lockdownu w Polsce i traktowałam to wszystko bardzo poważnie. Na początku lockdownu wychodziłam z dziećmi tylko na balkon, obsesyjnie wszystko dezynfekowałam w domu i bałam się przebywając na zewnątrz i robiąc zakupy. Później jak zrobiło się cieplej jeździliśmy czasem na działkę za miasto, żeby odetchnąć trochę świeżym powietrzem, w mieście uważałam, że wszędzie unoszą się wirusy.

Ciągły lęk, natręctwa myślowe, strach przed wojną

Żyłam w ciągłym lęku, poczuciu zagrożenia. Moja „normalna” nadwrażliwość i czujność, ciągłe skanowanie otoczenia w poszukiwaniu zagrożenia (realnego lub zagrażającego, w tym skanowanie reakcji innych ludzi wokół mnie i ich stanów emocjonalnych, cechy, które zawdzięczam toksycznemu i nieprzewidywalnemu środowisku rodzinnemu z problemami alkoholowymi w dzieciństwie) przerodziły się w nerwicę lękową. Bałam się własnego cienia. Borykałam się z natręctwami myślowymi dotyczącymi II wojny światowej. Zwykłe, codzienne sytuacje i okoliczności wyzwalały we mnie natrętne i obciążone emocjami skojarzenia z II wojną światową, co tylko pogłębiało moje uczucie bycia w pułapce, niebezpieczeństwie i zagrożeniu. Bardzo bałam się wojny w Europie, którą już wtedy czułam i dostrzegałam w doniesieniach medialnych o tym, że Rosja powołuje do służby rezerwistów z kolejnych obwodów, w tym nawet ojców rodzin 4 dzietnych. Dziś, prawie dwa lata później, kiedy na granicy z Ukrainą stacjonuje w gotowości 120 tyś żołnierzy rosyjskich i temat nadchodzącej inwazji jest na nagłówkach wszystkich mediów, powody tych działań są już jasne, wtedy jednak bardzo się tego bałam i nie za bardzo miałam z kim o tym porozmawiać, bo nikt inny nie podzielał moich obaw i nie dostrzegał tych procesów.

Nagłówki medialne podsycały panikę, byłam podatna na teorie spiskowe

Bardzo się bałam i uważałam za dość prawdopodobne, że przez pandemię stracę dużą część bliskich osób, że osoby, które kocham umrą. Bałam się ogromnego kryzysu i biedy. Wszystko postrzegałam przez wielką soczewką powiększającą stworzoną z moich lęków i myślałam, że „nic już nie będzie”. Nagłówki w mediach podsycające panikę i wizję końca świata bardzo źle na mnie działały. Izolacja, brak kontaktu z innymi ludźmi i ze światem zewnętrznym wykrzywiały moje pojmowanie rzeczywistości i napędzało negatywne uczucia odcinając mnie od ukorzeniającego i kojącego poczucia związku z miejscem w którym żyję i z innymi ludźmi. Byłam znowu bardzo podatna na teorie spiskowe i zdarzało mi się je czytywać i się w nie angażować emocjonalnie.

Moja terapeutka nie potrafiła mi pomóc, bagatelizowała moje cierpienie

Odnowiłam swoją psychoterapię, jednak moja terapeutka nie była w stanie zająć się tym co było dla mnie najtrudniejsze, albo ja nie umiałam tego dość wyraźnie podkreślić i zakomunikować jak bardzo cierpię emocjonalnie i jak bardzo doskwierają mi dolegliwości lękowe. Zajmowałyśmy się bardziej codziennymi sprawami, sprzeczkami z mężem, co też było korzystne, bo dało mi kolejne narzędzia samoobserwacji i psychoedukacji dotyczącej schematów, przekonań i zniekształceń poznawczych.

Silna depresja i myśli samobójcze

Borykałam się z bardzo silną depresją i poczuciem bycia niepotrzebną i beznadziejną. Małe sytuacje piętrzyły moje schematy i zniekształcenia poznawcze do tego stopnia, że popadałam w poczucie beznadziei, poczucie nieważności i wadliwości do takiego stopnia, że pojawiały się silne myśli samobójcze. Nie widziałam sensu swojego życia, uważałam, że jestem przyczyną cierpienia i niezadowolenia moich bliskich i że wszystkim będzie lepiej gdy odbiorę swoje życie.

Punkt zwrotny, zrozumiałam, że jestem potrzebna

Punktem zwrotnym był dla mnie pewien spacer, kiedy mój synek miał parę miesięcy. Ledwo powłóczyłam nogami pchając do przodu wózek resztką sił jakie miałam i taplałam się w myślach jak bardzo jestem beznadziejna, niepotrzebna. Myślałam o samobójstwie, o tym jak sobie odebrać życie i jak wszyscy na tym skorzystają i będzie im lżej (w mojej chorej głowie ogarniętej depresją – dzieci też miały na tym skorzystać).

Wtedy mój synek zaczął rozdzierająco, panicznie płakać, wykręcać się w wózku i wyciągać w moją stronę rączkę. Ta wyciągnięta do mnie rączka, ten płacz, ten wyraz dziecięcej buźki, fizyczny, mocny gest i wyraz jak bardzo mnie potrzebuje stał w kontraście z moim zamroczonym depresją jak gęstą mgłą umysłem i urojeniem, że jestem niepotrzebna i zbędna w życiu. To było dla mnie właśnie jak ostry przebłysk światła w gęstej, szarej mgle. Zrozumiałam wtedy jak bardzo moje myśli i odczucia są oderwane od fizycznej rzeczywistości, która mnie otacza, jak silną mam depresję, jak duże i realne zagrożenie ta depresja stwarza dla moich dzieci.

Zrozumiałam, że moja terapeutka nie jest w stanie mi dalej pomagać

Wtedy zrozumiałam, że moja terapeutka, z pełnym szacunkiem dla efektów naszej wieloletniej pracy poznawczej dotyczącej przekonań, wewnętrznego krytyka, zniekształceń poznawczych, nie jest w stanie mi już pomóc i bagatelizuje powagę mojej depresji i nerwicy lękowej. Zrobiłam przerwę w naszej pracy. Czułam bardzo silną motywację, by osłabić swoją depresję i przepracować swoje rany emocjonalne, które jątrzyły się wypełniając moje ciało i duszę smutkiem, lękiem i poczuciem beznadziei.

Zrozumiałam, że moja depresja to realne zagrożenie dla bliskich mi osób

Zrozumiałam, że moja depresja stanowi realne zagrożenie dla dobrostanu moich dzieci, dla moich zdolności bycia przy nich i adekwatnego reagowania na ich potrzeby. W pierwszym odruchu po tym doświadczeniu, chciałam od razu udać się po leki przeciwdepresyjne. Jednak po rozmowie z kilkoma zaufanymi osobami, postanowiłam dać sobie jeszcze szansę. Dałam sobie ultimatum – jeszcze jeden epizod depresyjny z myślami samobójczymi i natychmiast idę do psychiatry po leki o czym powiedziałam mężowi i zaufanym osobom, aby mi o tym przypomniały, gdy zobaczą, że znowu ogarnęła mnie beznadzieja. Do tego czasu postanowiłam, że wkładam 100% energii i swoich mocy w uleczenie się emocjonalnie i stawienie czoła swojemu mrokowi.

Zrozumiałam związek między emocjami, ciałem, oddechem i myślami

Mniej więcej w tamtym czasie zaczęłam czytać książki Aleksandra Lowena, zaczynając od książki „Depresja, a ciało”. Ta książka to był dla mnie kolejny punkt zwrotny. Rozpoczęła przewartościowanie wielu rzeczy w głowie. Otworzyła oczy na świat emocji. Otworzyła oczy na ciało i jego sygnały. Otworzyła oczy na ludzkie cierpienie i jego powszechność. Otworzyła mi oczy na moje własne cierpienie i jednocześnie otoczyła pełną wsparcia akceptacją, że to przez co przechodzę jest powszechne, ludzkie i normalne. Oraz, że jest z tej mrocznej krainy wyjście.

Wiedziałam już wtedy, że muszę stawić czoło swoim lękom, smutkowi i innym trudnym emocjom. Wiedziałam już, że moje myśli i uczucia niosą bardzo ważne komunikaty i że muszę ich wysłuchać i wytrzymać ich presję, by mnie puściły. Nie wiedziałam jeszcze jak. Pragnęłam i szukałam kontekstów do pracy z emocjami. Pragnęłam się do nich dobrać, zrzucić z siebie tą ciężką zbroję masek i mechanizmów obronnych, którą ciągnęłam na swoich plecach przez prawie całe swoje życie. Książki Lowena dostarczyły mi części narzędzi, by to zrobić. Internet, inne książki i ludzie dostarczyli mi reszty.

Narzędzia, których używałam przez 2020 i 2021 rok w pracy nad sobą

1. Oddech

Prosta rzecz jak oddech może być potężnym katalizatorem i narzędziem do wglądu w siebie oraz do zmiany. By stłumić emocje i naszą reakcję na nie, musimy wstrzymać i spłycić oddech. Pogłębienie i rozluźnienie oddechu rozluźnia zarówno ciało jak i umysł. Pozwala emocjom ujawnić się w świadomości.

Pracowałam z oddechem. Starałam się z początku rozluźniać mój chronicznie napięty brzuch i wpuścić nieco powietrza do przepony. Natychmiast brzuch się spinał, gdy tylko trochę próbowałam go rozluźnić i wypełnić oddechem. Na powrót go rozluźniałam. Taki cykl świadomych rozluźnień i odwetowego kurczowego, automatycznego napięcia przechodziłam wielokrotnie, aż brzuch coraz dłużej był rozluźniony, przepona coraz mocniej oddychała. Emocje, które się unosiły z tym oddechem były ciężkie. Czasem myślałam, że ich nie wytrzymam. Myślałam, że mnie opanują i zwalą z nóg. Że się skurczę i zwinę w głąb siebie i przestanę istnieć, że nigdy nie wydostanę się z ich objęć. Doświadczałam tego wszystkiego, ale też o tym wszystkim już przeczytałam wcześniej w książkach Aleksandra Lowena, w jego licznych przykładach z jego praktyki terapeutycznej i jego osobistych doświadczeniach z pracą nad samym sobą. To było moim światełkiem i przewodnikiem gdy sama pracowałam nad swoimi emocjami. Pełna akceptacja, zrozumienie i wyjaśnienie tego przez co przechodziłam świeciły mi jasno choć z oddali, gdy wraz z pogłębianiem oddechu (który z początku mojej pracy z oddechem był tak płytki, że praktycznie niezauważalny z zewnątrz – ja nie żyłam, ja trwałam w zamarciu z zamrożonymi emocjami wewnątrz ciała, czego wyrazem była moja nawracająca depresja). Po pracy z oddechem przeponowym, przyszedł czas na wyższe partie płuc, wciąż ta praca nie jest skończona, wciąż mam pole do zwiększenia głębokości i swobody swojego oddechu, wciąż napinam część mięśni ramion i klatki piersiowej, by spłycić swój oddech i odczuwanie. Jednak najgorsze już zdecydowanie za mną, teraz ta praca przebiega mniej dynamicznie, stany emocjonalne są łatwiejsze do zniesienia i wszystko już przebiega dość gładko.

2. Ciało

Kolejne narzędzie pracy to uświadamianie i rozluźnianie chronicznych napięć mięśniowych w ciele. Zaczęłam praktykować yin jogę, czyli jogę zorientowaną na stopniowe, łagodne rozluźnianie tkanek łącznych i mięśni głębokich ciała. To było dla mnie kolejne narzędzie wglądu w swoje emocje zamrożone w napiętym ciele. Wraz z zapadaniem się coraz głębiej w pozycje jogi, z trwaniem w umiarkowanym oporze i bólu jaki skurczony mięsień oddawał w wyniku delikatniej presji rozciągnięcia go, do mojej świadomości wypływały emocje, obrazy, wspomnienia i myśli. Trwałam w tym i obserwowałam, dawałam sobie przestrzeń, by tego doświadczyć, co niegdyś skurczyłam w sobie i by pozwolić przeszłości zamrożonej w moich emocjach i spiętym, sztywnym ciele, odejść. To była i jest długa praca, jednak z perspektywy czasu uważam, że skuteczna. To nie jest tak, że raz rozluźniony mięsień już się nie skurczy, a stłumiony ból emocjonalny zostanie w jednej sesji całkiem oczyszczony, jednak z czasem praktykowania tej yin jogi i obserwacji pojawiających się w trakcie przykrych (i przyjemnych) wspomnień moja ruchomość i elastyczność ciała i zdolność do odczuwania pełnego spektrum emocji znacznie się poprawiła. Wciąż jednak dużo pracy przede mną. Moja droga jeszcze się nie skończyła ;-).

3. Oddech + ciało = ćwiczenia qi gong

Nie pamiętam już z jakiego powodu wpisałam w wyszukiwarkę na youtube „qigong” i zaczęłam to ćwiczyć. Nie wiem czy gdzieś o tym przeczytałam, czy z jakich innych powodów uznałam, że to może być dla mnie korzystne narzędzie. Ale faktycznie tak się stało. Wsiąknęłam w to. Ćwiczę kilka razy w tygodniu od co najmniej roku. Z początku czułam się mega głupio wykonując te ćwiczenia. Uważałam, że są niedorzeczne. Mąż służył mi za wspaniałe lustro dla mojej niepewności i zażenowania zaśmiewając się i wyszydzając za każdym razem gdy widział mnie ćwiczącą ;-). Jednak zaskakująca poprawa samopoczucia i wewnętrznego spokoju po każdej sesji motywowała mnie, by wracać do tych ćwiczeń. Z początku bardzo trudno było mi wytrwać 15 minut. Wiedziałam, że te ćwiczenia są dla mnie dobre i że to, że czuję, że nie mam na nie czasu, mój rozbiegany umysł i niecierpliwość to doskonałe powody, dla których właśnie to mam teraz robić, a nie wstawiać obiad, przeglądać newsy i pisać na Instagramie. Więc ćwiczyłam. Niedawno wykupiłam płatne materiały u yoqi i jestem w stanie ćwiczyć bez niecierpliwości i w skupieniu przy nagraniach 30 minutowych i dłuższych.

Qigong to trochę taka medytacja poprzez powolny, kontrolowany ruch ciała i harmonizację ruchu z oddechem. To coś zupełnie sprzecznego z wartościami i tempem życia wyznawanymi na współczesnym Zachodzie. Premiuje proces, w świecie, który premiuje cel i sukces. Premiuje skupienie, w świecie, który premiuje wielozadaniowość. Premiuje wgląd w siebie, w świecie, który premiuje skupienie na tym co na zewnątrz. Premiuje spokój, w świecie, który premiuje chaos i przebodźcowanie. Premiuje powolność ruchów, w świecie, który premiuje szybkość. Myślę, że dlatego właśnie te ćwiczenia są takie „karmiące” na poziomie emocji, ducha i umysłu. To są dokładnie te wartości, których potrzebujemy by zbalansować się w naszym świecie i akurat ja te wartości odnalazłam w praktyce tych tradycyjnych wschodnich ćwiczeń.

Z początku nie spodziewałam się szczególnych efektów po tych ćwiczeniach, poza ćwiczeniem uwagi i koncentracji, uważności. Jednak z czasem uważam, że w tych prostych ruchach rąk i ciała, jest coś więcej niż tylko ćwiczenie uważności i bycie tu i teraz we własnym ciele. Czuję, że jest to narzędzie, które przyniosło mi realną zmianę w przewartościowaniu niektórych tematów, a zwłaszcza balansu między dawaniem i braniem i poczucia większej jedności ze swoim ciałem, a co za tym idzie świadomości swojego powołania i miejsca w życiu.

4. Praca doświadczeniowa – modyfikacja wspomnień

W Terapii Schematów stosuje się narzędzie, które nazywa się pracą doświadczeniowa i ograniczonym powtórnym rodzicielstwem. Jest to praktyka, w której inscenizuje się scenkę z dzieciństwa lub dorastania, która jest dla pacjenta bolesna i modyfikuje się ją wprowadzając do niej tzw. Zdrowego Dorosłego, który staje w obronie dziecka lub zaspokaja jego niezaspokojone potrzeby. Z początku tą rolę pełni terapeuta, z czasem zachęca się pacjenta, by sam wchodził w rolę Zdrowego Dorosłego. Pomaga to leczyć rany emocjonalne i doświadczyć na poziomie emocjonalnym wsparcia i zdrowego kontekstu, którego nam zabrakło i którego brak spowodował rany psychiczne. Pozwala również modelować zdrowe zachowanie i stosunek do siebie i innych na przyszłość. Próbowałam to robić z moją terapeutką, jednak nie byłyśmy w stanie tego zrobić przez sesje online spowodowane pandemią oraz przez to, że nie byłam w stanie dostatecznie otworzyć się przed nią emocjonalnie i jej zaufać mimo kilku lat wspólnej terapii poznawczo-behawioralnej.

Jednak po przerwaniu terapii, postanowiłam robić to sama, w głowie. Jak wiele razy mówiłam, cierpiałam na bezsenność przez większość swojego dorosłego życia, również w roku 2020 bezsenność bardzo dawała mi w kość i zasypiałam dopiero o 3-4 nad ranem, po 5-6 pobudce nocnej syna. Uznałam, że skoro i tak nie mogę spać, skoro i tak mielę w głowie jakieś męty, to zajmę myśli właśnie takimi wyobrażeniami. Nie było to dla mnie proste, bo nie miałam gotowych, zdrowych modeli jak reagować na toksyczne zachowania, nie miałam za bardzo jeszcze świadomości swoich potrzeb i średnia miałam z początku świadomość swoich emocji. Nie miałam jednak lepszego pomysłu na spędzenie bezsennych nocy (alternatywą, którą znałam było siedzenie na telefonie i czytanie newsów albo teorii spiskowych i orających je portali fakt-chekingowych, było to męczące i wiedziałam, że jest dla mnie szkodliwe).

Ta praca doświadczeniowa, w wyobrażeniach, dużo mi dała. Byłam świadoma i nadal jestem świadoma realnego przebiegu wydarzeń w mojej przeszłości, jednak zagłębienie się w te sceny, dopuszczenie do siebie emocji, które czuję w związku z nimi i które czułam wtedy, uświadomienie sobie moich niezrealizowanych potrzeb i toksyczności reakcji mojego otoczenia, mojej niewinności i bezbronności jako dziecka, dały mi narzędzia do budowania zdrowszego obrazu siebie. Powoli odnajdywałam w sobie zasoby, by wprowadzać w te sceny dorosłą, zdrową wersję siebie, która stawała w mojej obronie. Często moje wyobrażenia stawały się bardziej przenośnią, jakąś formą artystycznego, przenośnego wyrazu swoich emocji i stosunków do osób, wciąż mam je w sobie i myślę, by kiedyś dać im fizyczną formę i po prostu je namalować. Podobnie jak sny są w jakiś sposób wyrazem naszej nieświadomości, tak samo taka przenośna praca wyobrażeniowa, to narzędzie do pracy na bardzo głębokich warstwach psychiki, na dziecięcej sferze umysłu, opartej na emocjach, skojarzeniach i przenośniach. Po takich sesjach wyobrażeniowych, w których na przykład stawiałam się mojej matce w obronie siebie-dziecka, widziałam później realną zmianę w mojej odporności, sile i poczuciu bezpieczeństwa w obecnej relacji z moją mamą. Ta praca dała mi realne efekty i leczyła moje wewnętrzne dziecko.

5. Praca behawioralna – przełamywanie schematów

Po pracy w głowie, w której z ofiary przeszłości, stawałam się zdrowym dorosłym tu i teraz, znalazłam w sobie siłę i przestrzeń, by łamać swoje schematy tu i teraz. Miałam dużą wiedzę na temat schematów i wadliwych przekonań, ponieważ wiele lat pracowałam z psychoterapeutką i na własną rękę (podręcznik do Terapii Schematów dla psychoterapeutów, był też moim podręcznikiem, do którego wracałam jak do Biblii) nad umiejętnością dostrzegania, namierzania i przełamywania poznawczo tych schematów. Nadszedł czas na praktykę. Gdy zauważałam, że aktywuje mi się schemat, zalewają mnie trudne emocje, kręcę się w starych przekonaniach i interpretacjach danej sytuacji mówiłam sobie (ze zmienną skutecznością): Alicja, STOP. Ok… uważasz, że skoro on tak powiedział, to znaczy, że Cię nie szanuje, że jesteś dla niego nie ważna, że najlepiej to jak się rozstaniecie i że musisz ze wszystkim sobie radzić sama. OK. To sprawdźmy to. Zapytaj, czy o to właśnie chodziło. No wielkie zdziwienie, to jednak nie o to chodziło i jednak nie musisz sobie radzić sama, jesteś ważna, jest w was obojgu wola bycia razem i jesteś szanowana i gdy prosisz o pomoc to ją otrzymujesz. No wielkie nieba, kto by się spodziewał, schematy nie są prawdą, tylko toksycznym zniekształceniem odbieranej rzeczywistości.

Schemat „Izolacja Społeczna” i budowanie więzi towarzyskich

Bardzo mi zależało na odbudowie życia towarzyskiego, które legło w zgliszczach w czasach pandemii i przez przeprowadzkę (w starym miejscu zamieszkania miałam kilka koleżanek – mam z placów zabaw) i powoli nawiązywałam kontakty sąsiedzkie (jako mama niemowlaka i 2 latki nie chodzącej do żłobka, to był mój naturalny kontekst). Miałam aktywny i bardzo silny schemat „Izolacja społeczna”, który utrudniał mi całe życie budowanie serdecznych, bliskich więzi z innymi ludźmi, miałam kilka bliskich osób, ale z innymi ludźmi ciężko mi było zbudować serdeczne, choć mniej głębokie więzi. Uważałam, że jestem nieciekawą osobą, że wszystkim przeszkadzam, jestem niemile widziana, ośmieszam się, jestem głupia i tak dalej. Mimo tego, działałam wbrew temu schematowi, ponieważ wiedziałam, że to jest dla mnie korzystne i potrzebne do zdrowia psychicznego.

Nawiązałam znajomości z mamami małych dzieci u nas na osiedlu. Schematy i emocje boksowały mnie niemiłosiernie, tym mocniej, im mocniej byłam odzwyczajona od kontaktów towarzyskich face-2-face przez lockdown. Schematy podpowiadały mi nietowarzyskie i nieskuteczne zachowania.

Przykładowa sytuacja aktywacji schematu „Izolacja Społeczna”

Na przykład taka sytuacja. Wychodzę sobie z wózkiem na spacer z synkiem, sąsiadka, mama równie małego bobasa też jest na osiedlu i wita się ze mną z oddali i rusza w moją stronę. Obecnie jest to dla mnie jasny bodziec i sygnał, do zbliżenia się i pogawędki. Wtedy, przez moje schematy, odczułam potrzebę oddalenia się! Pojawiły się myśli jak jej uniknąć, jak pójść swoją drogą, jak się oddalić. Myślałam, wbrew rzeczywistym sygnałom z jej strony, że na pewno nie chce ze mną gadać, że będę jej przeszkadzać, nie mam nic ciekawego do zaoferowania swoją osobą.

Na szczęście miałam już wtedy dość przestrzeni w głowie, by odróżnić toksyczne impulsy napędzane schematami, od zdrowego zachowania i rozumieć, że to co czuję, nie jest prawdą. Zbliża się, czyli chce ze mną pogadać. Schowałam swoje schematy, podeszłam (opór emocjonalny i lęk były spore) i rozpoczęłyśmy miłą sąsiedzką pogawędkę. Teraz, z perspektywy osoby z praktycznie uleczonym schematem Izolacji Społecznej, zadowolonej ze swojego życia towarzyskiego i z niewielkimi barierami w kontakcie z innymi ludźmi, moje impulsy wtedy i chęć ucieczki są jakimś absurdem i kosmosem, szczytem bycia nietowarzyskim, izolującym się i nieserdecznym, zachowaniem nieracjonalnym i niespodziewanym.

Tak niestety właśnie działają schematy. Motywują nas w obronie przed lękiem (przed byciem odrzuconym na przykład) do zachowań, które są raniące i niezrozumiałe dla innych, przez co potwierdza się potrzeba istnienia tego schematu. Schemat Izolacja Społeczna, motywował mnie do izolacji i odsunięcia się od innych, by chronić mnie przed potencjalnym odrzuceniem i zranieniem. W efekcie ranił inne osoby moją izolacją i chłodem, powodując ich izolację i pogłębiając schemat, oraz raniąc mnie cały czas. Handlował ze mną: ochrona przed potencjalnym silnym zranieniem, w zamian za ciągłe, chroniczny smutek, ból i samotność. Słaby to był deal, ale to mogę ocenić dopiero teraz, po przepracowaniu lęku przed byciem odrzuconą przez innych i po puszczeniu emocjonalnie sytuacji z przeszłości, kiedy czułam się dotkliwie dorzucona i zraniona.

6. Medytacja uważności

Ostatnie narzędzie to po prostu refleksja, obserwacja, bycie tu i teraz. Bycie tu i teraz, medytacja, umysł uważny – to są procesy, a nie stan, który raz się osiąga i wiecznie się w nim trwa. To jest nieustanna praktyka, zaglądanie w siebie, obserwacja swoich emocji i myśli, swoich reakcji i reakcji innych osób. Przywoływanie się do bycia. Czy jestem tu i teraz, czy gdzieś błądzę myślami? Gdzie są moje emocje? Czy przed czymś się zamykam i bronię? Czy czerpię z tej chwili maksimum tego co mi daje? Czy coś mnie niepokoi? Czy coś mi utrudnia czerpanie przyjemności z tego momentu?

7. Praktykowanie wdzięczności

Wdzięczność to taki temat dość lubiany w kręgach samorozwojowych i dla niektórych może wydawać się takie praktykowanie wdzięczności na siłę i sztuczne, jednak sama odnalazłam w tym skuteczne narzędzie zmiany myślenia i nauki koncentracji na pozytywnych i korzystnych aspektach wydarzeń. Zastanawianie się raz na jakiś czas za co mogę być wdzięczna, uczy nas koncentracji na chwili obecnej i dostrzeżenia jej w wielobarwnym świetle. Z czasem nauczyłam się być wdzięczna za doświadczenia, stany, sprzyjające okoliczności i przeżycia bardziej niż za rzeczy i stan posiadania. Wdzięczność jest bardzo czystym i uogólnionym odcieniem odczuwania miłości, więc wprawianie się w stan wdzięczności dobrze wpływa na nasz dobrostan psychiczny i na sposób w jaki postrzegamy innych i nasze życie. Jest też zadbaniem o drugi biegun wobec mediów, które podsycają w nas nienawiść i lęk. Za co możesz być dzisiaj wdzięczny?

To chyba wszystkie narzędzia, które stosowałam do osłabienia swoich schematów, uleczenia ran emocjonalnych. Pracę z oddechem, obserwację napięć mięśniowych w ciele, uważny umysł, ćwiczenia qi gong i działanie wbrew schematom nadal stosuję. Moja droga się nie skończyła, ale z chęcią dzielę się tym, co już za mną. Mimo tego, że sama pracowałam nad swoimi emocjami bez wsparcia terapeuty, byłam po wieloletniej terapii schematów i terapii poznawczo-behawioralnej i przez to czułam się na siłach, by to zrobić. Nie musisz tego robić sama i być może nie powinnaś, jeśli nie miałaś jeszcze w swoim życiu doświadczenia psychoterapii. Nie zachęcam do pracy nad sobą na własną rękę, pokazuję jedynie narzędzia z których sama korzystałam. Jeśli cierpisz na depresję i masz myśli samobójcze, dla dobra swoich bliskich, udaj się po pomoc do specjalisty, który pomoże Ci przejść przez najmroczniejszą część pracy nad sobą i będzie czuwał nad Twoim bezpieczeństwem. Pomoc psychoterapeutyczna to nie wstyd, uważam, że warto korzystać z pomocy specjalistów w zakresie zdrowia i sama bardzo wiele skorzystałam i wyniosłam ze swojej kilkuletniej terapii. Uważam, że to była jednak z najlepszych inwestycji w siebie.

Mam nadzieję, że jeśli przeczytałaś ten wpis, pomógł Ci zajrzeć wgłąb siebie i dał odpowiedź na pytania, które motywowały Cię do jego czytania. Trzymam kciuki za Twoją osobistą drogę ku większej integralności i byciu OK ze sobą. Jeśli chcesz być ze mną w bliższym kontakcie, zapraszam na mój Instagram @higienamyslenia lub Twittera, Facebooka, YouTube czy TikToka. Wszędzie nazywam się tak samo: @higienamyslenia.

Jeśli znasz osobę, której ten wpis może pomóc, nie wahaj się podać go dalej 🙂