Strona główna » Spis treści » Czy bliscy wystarczająco Cię wspierają? O żądaniu wsparcia słów kilka

Czy bliscy wystarczająco Cię wspierają? O żądaniu wsparcia słów kilka

Czy brak wsparcia ze strony bliskich, może być realną przeszkodą przed realizacją siebie i spełnianiem swoich marzeń? Czy niewspierająca bliska osoba, może uniemożliwiać nam bycie szczęśliwym?

Czasem chcemy zmienić coś w swoim życiu, ale czujemy, że coś nas przed tym blokuje. Zwracamy wtedy oczy ku naszemu partnerowi lub innej bliskiej osobie (przyjacielowi, rodzicowi, a może nawet w niektórych wypadkach dziecku) i oczekujemy, że znajdziemy w nich potwierdzenie, że nasze dążenia są właściwe i prawidłowe, chcemy w nich znaleźć akceptację i ukojenie naszej niepewności, lęku przed odrzuceniem i popełnieniem błędu. Myślimy, że ich aprobata zasypie dziurę w naszym poczuciu wewnętrznej pewności i zburzy przeszkody, które nas blokują przed podążeniem tą ścieżką.

Czy bliscy Cię wspierają?

Z różną reakcją możemy się spotkać. Czasem może to być reakcja pełna wspierających komunikatów, potwierdzenia naszej wartości i słuszności obranego kierunku. Czy jednak takie zapewnienia są dla nas wystarczające, jeśli brakuje nam wewnętrznej pewności dla swoich działań? Kiedy znowu poprosimy o takie wsparcie? Na jak długo wystarczą nam raz usłyszane słowa pochlebstwa?

Ile słów wsparcia potrzeba, by zapewnić wsparcie?

Czy otrzymawszy pozytywną reakcję jednej osoby nie zaczniemy zaraz szukać pochlebstwa u innej? Wszak może partner czy przyjaciel powiedział to nie szczerze? Może powiedział to tylko po to, by zrobić nam przyjemność? Może ktoś inny sądzi inaczej? Zwracanie się o poparcie naszych działań, dążeń czy marzeń do świata zewnętrznego, bez względu na stopień bliskości danej relacji czy jej znaczenie rzadko kiedy przynosi ostateczne ukojenie, zakończenie dywagacji i niepewności. Zwykle pomaga na krótką chwilę lub jeszcze mocniej podsyca niepewność i wahanie. Jesteśmy jak pod kroplówką, potrzebujemy kolejnych dawek wsparcia, pochlebstwa i entuzjazmu, by zachować pewność siebie i poczucie słuszności, ponieważ brakuje nam ich we własnym krwioobiegu.

A co gdy nie otrzymamy tego wsparcia?

A co gdy tego wsparcia nie otrzymamy w ogóle? Gdy bliska osoba odpowie, że ten temat jej nie interesuje, że nie wie czy to dobry pomysł, albo wręcz wyrazi bezpośrednią lub pośrednią dezaprobatę dla naszych dążeń? Czy to oznacza, że nie mamy prawa się realizować w sposób, który dla siebie wymyśliliśmy? Czy to znaczy, że nasz pomysł jest bez sensu? Czy ta bliska osoba jest okropnym człowiekiem odmawiając nam kroplówki ze słów pochlebstwa i adoracji? Czy żeby działać po swojemu i na własną korzyść musimy być otoczeni nieustannymi wyrazami wsparcia i aprobaty ze strony bliskich osób, którzy będą nieustannie nas podpierać i wspierać, żebyśmy się nie przewrócili gdy nam samym brak sił?

Dawniej byłam bardzo wrażliwa na dezaprobatę i łaknęłam wparcia

Dawniej byłam bardzo wrażliwa na wyrazy wsparcia lub dezaprobaty. Borykałam się ze schematami Wadliwości i Porażki i wszelkie nawet subtelne wyrazy dezaprobaty lub brak entuzjastycznej aprobaty podcinały mi boleśnie skrzydła. Z kolei wyrazy aprobaty, zwłaszcza niespodziewanej, zapalały mnie na chwilę, by nieuchronnie zgasnąć w obliczu braku przekonania co do własnego kierunku i słuszności swoich działań.

Nie widziałam wtedy w swojej postawie nic nieadaptacyjnego i nieodpowiedniego, uważałam, że to mój partner, moi bliscy i moi rodzice są nieodpowiedni, ponieważ mnie niewystarczająco wspierają. Domagałam się od partnera głaskania, wspierania i sączenia w moje uszy miłych słówek. Miałam za złe moim rodzicom, że nie patrzą na świat tak jak ja i nie wspierają mnie lub nie dość dobrze mnie wspierają.

W miarę terapii powoli uniezależniałam się od opinii innych

W miarę postępów w moim osobistym procesie terapeutycznym zaczęłam nabierać większej elastyczności w postrzeganiu „powinności” bliskich mi osób do wspierania mnie i do zakresu żądanego od nich wsparcia. Zaczęłam przejmować coraz większą odpowiedzialność za samą siebie w tym zakresie. Zaczęłam zauważać, że to jest nie fair wobec mojego partnera, żeby zmuszać go, by wyrażał rzeczy, których nie ma ochoty wyrażać i patrzył na mnie tak jak ja chcę, by patrzył.

Zmniejszyłam stopień przejmowania się tym jak postrzegają mnie moi rodzice i czy widzą we mnie potencjał, który ja w sobie widzę, czy nie. Czy doceniają mnie taką jaka jestem, czy patrzą przez swoje własne projekcie i schematy. Przestałam tak bardzo się przejmować tym, co mogą pomyśleć o mnie inne osoby, a zaczęłam coraz mocniej przejmować się tym co ja myślę, czuję i chcę.

Jak bardzo zmieniło się moje zapotrzebowanie na aprobatę i wsparcie w ciągu zaledwie 2 lat

Ostatnio naszła mnie taka uważność i refleksja, na temat tego jak bardzo zmieniło się moje zapotrzebowanie na wyrazy wsparcia i aprobaty i moja tolerancja na powodowanie dyskomfortu i bliskich mi osób.

Nie tak dawno temu, gdy mój mąż wyrażał lekkie, nawet mimiczne, niezadowolenie np. z tego, że musi się zająć dziećmi (choćby tylko jeden wieczór w tygodniu), mnie zalewało poczucie winy i czułam wewnętrzny przymus, by podporządkować się mężowi w taki sposób, by uchronić go przed odczuwaniem niezadowolenia i dyskomfortu (schemat Podporządkowanie i Samopoświęcenie). Nie było to uświadomione, jednak moja reakcja na jego dyskomfort pokazywała, że uważam, że moją nadrzędną powinnością jest dbanie o komfort, zadowolenie i przyjemność mojego męża, nawet kosztem kompletnej rezygnacji z własnych potrzeb.

Podporządkowywanie się temu przymusowi (ujęte w Terapii Schematów jako schematy Podporządkowania się i Samopoświęcenia) w oczywisty sposób powodowało u mnie uczucie niesprawiedliwości, frustracji, żalu a czasem nawet wściekłości. Rezygnowanie z siebie w imię bezgranicznego ustępowania partnerowi, by zadbać o jego komfort jest toksyczne wobec samej siebie.

Projektowanie winy i odpowiedzialności na męża

Mój mąż wyrażając swoje uczucia np. wobec obowiązku zajmowania się dziećmi, nie wyrażał żądania, żebym to ja się tym zajmowała. To była już moja (nad)interpretacja. Źródłem moich uczuć niesprawiedliwości, frustracji, żalu czy złości było zdradzenie samej siebie przez przedkładanie w każdej sytuacji interesu innych ponad swój własny. Projektowałam to na mojego męża twierdząc, że wyrażając własne emocje „uniemożliwia mi on” różne rzeczy, „ogranicza mnie” i „odbiera prawo” np. do odpoczynku i samorealizacji. Nie widziałam swojej winy i toksycznego podejścia do samej siebie, ponieważ przysłaniały mi ją schematy i nie mogłam patrzeć na tą dynamikę między nami jasno.

Wobec tej wybiórczej ślepoty, winę projektowałam na męża i inne bliskie osoby, wobec których czułam przymus podporządkowania się. W tym samym czasie sama odczuwałam niewspółmierne do rzeczywistości i nieokreślone poczucie winy, którego nie rozumiałam i interpretowałam jako „bycie złą matką i żoną”. To była bardzo misternie utkana sieć wzajemnych przeniesień i projekcji, której rozplątanie zajęło mi sporo „refleksjogodzin” i wymagało ciągłej uważności na własną dynamikę psychiczną w relacjach.

Trudne dla mnie uczucia męża wzbudzały moje trudne uczucia

Gdy mąż wyrażał niezadowolenie czy zmęczenie wobec obowiązku zajęcia się dziećmi czułam jednocześnie złość na niego i uczucie niesprawiedliwości „dlaczego to ma być tylko na mojej głowie?”. Czułam żal lub wręcz złość, że „odmawia” mi odpoczynku i relaksu (mimo, że wcale tego nie robił wyrażając jedynie swoje uczucia). Jednocześnie zalewało mnie mocne poczucie winy, że jestem złą matką i żoną skoro czuję zmęczenie, złość czy frustrację. Odmawiałam prawa do wyrażania uczuć mężowi, ponieważ samej sobie też go odmawiałam. Odczuwanie negatywnych uczuć było moim tabu, czułam przymus bycia pozytywną i entuzjastyczną, dlatego tego też wymagałam od męża i złościłam się, że tego nie robi. Wszystko to przebiegało poza moją świadomością, sterowane przez schematy i mechanizmy obronne.

Byłam niepewna własnego prawa do dbania o siebie

Będąc niepewna własnego prawa do odpoczynku i dbania o siebie oraz niepewna swojego równego statusu w związku, oczekiwałam od męża bezgranicznego entuzjazmu i odbierałam mu prawo do wyrażania swoich uczuć i do dążenia do własnego komfortu. Chciałam, żeby to mąż zrekompensował mi moje własne braki w trosce o siebie i w samostanowieniu o siebie, sama nie byłam w stanie wziąć za siebie odpowiedzialności w tym zakresie. Chciałam, żeby mąż mnie uchronił przed trudnymi uczuciami, jakie wyzwalał we mnie jego dyskomfort, jego dbanie o własne granice i jego uczucie zmęczenia czy zniechęcenia.

Chciałam, żeby mąż opiekował się mną emocjonalnie

Chciałam, żeby mąż dbał o mnie na pierwszym miejscu, żeby stawiał na pierwszym miejscu moje uczucia i się ich domyślał, żebym ja nie musiała ich rozpoznawać i wyrażać. Chciałam, żeby ustępował przed moim dyskomfortem, tak jak ja byłam nauczona ustępować i tłumić własne potrzeby, by zadowolić innych. Taka postawa jest możliwa i pożądana wobec malutkiego dziecka i każde dziecko ma prawo zaznać takiej troski i opieki we wczesnym okresie swojego życia. Nie każde dziecko tego zaznaje, co może powodować nieświadome pragnienie otrzymania takiej bezgranicznej troski w życiu dorosłym i wymaganie jej od bliskich osób.

Zranione wewnętrzne dziecko pragnie otrzymać bezwarunkową akceptację

Zranione wewnętrzne dziecko w nas pragnie bezgranicznej akceptacji, bezwarunkowej miłości i wsparcia, a dorosły człowiek czuje się upokorzony traktowaniem nas jak dziecko przez drugiego dorosłego człowieka. Jest to konflikt spowodowany schematami i nieświadomymi mechanizmami obronnymi. To czego nie otrzymaliśmy w dzieciństwie jest już utracone bezpowrotnie i wymaga przejścia procesu terapeutycznej żałoby i pogodzenia się z utratą.

Nawet jeśli uda nam się skłonić partnera do oferowania nam miłości rodzicielskiej, otrzymanie takiej bezwarunkowej troski nie przyniesie nam satysfakcji i zaleczenia tej rany. Nigdy nie będzie nam dość tej bezwarunkowości, tego dbania i wspierania nas, ponieważ jesteśmy już dorosłym człowiekiem, a parter nie jest naszym rodzicem. Tej rany nie da się zasklepić w ten sposób, jest to ślepa uliczka na końcu której czeka rozczarowanie, gorycz i żal. Wewnętrzny rodzic, żyje w nas tak samo jak wewnętrzne dziecko, jest częścią naszej ludzkiej konstrukcji psychicznej.

Uleczenie relacji z samym sobą

Jako dorośli ludzie sami sobie jesteśmy rodzicem. Uleczenie relacji z samym sobą, przejęcie odpowiedzialności za siebie i nauczenie się dawać sobie miłość i troskę, nauczenie stawiania swoich potrzeb na pierwszym miejscu przyniesie uleczenie ran z dzieciństwa i jednocześnie wielu trudnych relacji w dorosłym życiu, które stały się teatrem schematów, projekcji, przeniesień i niezaleczonych dramatów z dzieciństwa. Tego stawiania swoich potrzeb na pierwszym miejscu, nie należy mylić z egoizmem. To że rozpoznajemy swoją potrzebę i uczucia i traktujemy jako ważne, nie oznacza jeszcze, że zdecydujemy się ją realizować w każdej sytuacji i kosztem wszystkiego. To jest część przejęcia odpowiedzialności za siebie, że to my decydujemy kiedy i jak realizujemy swoje potrzeby (a nie wypieramy się ich).

Moja postawa wobec siebie i męża nie była ani dojrzała, ani fair. Dopiero z czasem zrozumiałam, że możliwa jest sytuacja w której oboje jesteśmy zmęczeni, oboje potrzebujemy odpoczynku, rozpoznajemy nawzajem swoje potrzeby i tak układamy sobie czas, żeby każdy miał możliwość zregenerować baterie i czasem to wymaga odłożenia własnej potrzeby na później, ale jako dorosły człowiek odpowiedzialny za siebie i za innych jestem swoim gwarantem spełnienia tej potrzeby, a nie mąż, dziecko czy starzejący się rodzic.

W miarę trwania psychoterapii zrozumiałam, że obowiązkiem dorosłego człowieka jest dbanie o siebie samego, by mieć dzięki temu zasoby dbać o inne bliskie lub zależne osoby. Zrozumiałam, ze zrzucanie tego obowiązku na osoby trzecie jest zdradzeniem samego siebie, ale też toksyczną postawą wobec innych osób, które mają prawo stawiać swój komfort na pierwszym miejscu. Wobec tego nic dziwnego, że moja postawa jątrzyła nieporozumienia w związku i wzajemne obwinianie siebie.

Odbierając sobie prawa, prędzej czy później zaczniemy ich odmawiać bliskim osobom

Na tym właśnie polega dynamika schematów i projekcji, że odbierając sobie prawo do odczuwania np. dyskomfortu i narzucając na siebie obowiązek dbania o komfort innych zawsze na pierwszym miejscu, prędzej czy później znajdujemy się w sytuacji, w której nieświadomie odbieramy bliskim osobom, te same prawa, które odbieramy sobie. Moje zachowanie wobec męża było toksyczne, mimo, że uważałam, że to on jest toksyczny wobec mnie.

W przeszłości, nawet subtelny wyraz zmęczenia, frustracji lub niezadowolenia męża odbierałam jako odebranie mi prawa do odpoczynku, samorealizacji i samostanowienia o sobie. Myślałam ostatnio o tym, jak obecnie zwiększyła się moja tolerancja na wyrazy niezadowolenia ze strony mojego męża (czyli bądź co bądź najważniejszej dla mnie osoby z którą dzielę życie i która ma największy wpływ na moje decyzje, ponieważ wpływają one znacząco też na jego życie i na życie naszych dzieci).

Moja droga od polegania na opinii innych do polegania na swojej opinii

W ciągu 2 lat przeszłam drogę od kompletnego zagubienia dotyczącego tego co chcę robić w życiu, zależności od opinii innych osób, nawet odległych do mocnej pewności, jasności i klarowności co do mojego „powołania” zawodowego. Czy mój mąż wspiera mnie w dążeniach do bycia psychologiem i do zmiany mojej ścieżki kariery? Czy mój mąż wspiera mnie w wysiłkach jakie codziennie podejmuję, by wydeptać sobie tą nową ścieżkę i zmienić bieg mojego życia zawodowego? Czy moi rodzice mnie w tym wspierają? Czy bliscy i dalsi znajomi mnie w tym wspierają?

Według moich dawnych standardów i zapotrzebowania na wsparcie: NIE. Dawniej stykając się z takimi reakcjami z jakimi dzisiaj się spotykam, uważałabym, że nie mam prawa się realizować na tej ścieżce, że nie jest dla mnie odpowiednia i że obciąża ona zbyt mocno bliskie mi osoby. Uważałabym, że nikt mnie w tym nie wspiera, że mąż wręcz mnie hamuje i ogranicza i w ogóle, że jest to wina całego otaczającego mnie świata zewnętrznego, że nie realizuję się w tej sferze, a nie moja. Uważałabym, że jestem zmuszona do pracy w dziedzinie, która mnie wyniszcza psychicznie i głodzi duchowo (np. programowanie, którym zajmowałam się zawodowo 10 lat), ponieważ nikt mnie nie wspiera. Byłoby to przejawem wyuczonej bezradności z mojej strony i skrajnej słabości wewnętrznej. W ten sposób żyłam przez wiele lat.

Dawniej wszystkie reakcje negatywne, dezaprobujące lub neutralne reakcje bliskich osób na temat moich działań uważałabym za wrogie wobec mnie, a pozytywne nastawienie brata i przyjaciółki za szczątkowe i za mało istotne wobec masywności postrzeganej dezaprobaty. Uważałabym, że nie mam prawa działać i dążyć do samorealizacji zawodowej wobec braku entuzjastycznej aprobaty ze strony bliskich osób. Dawniej wymagałabym, żeby mąż był entuzjastyczny i wspierał mnie, wyrzucałabym mu, że mnie ogranicza i tłamsi (brak aprobaty to jeszcze nie jest ograniczanie i tłamszenie). Jego reakcje na moje dążenia, byłyby dla mnie źródłem wielkiego rozgoryczenia, wątpienia w sens zarówno mojej realizacji zawodowej jak i tego związku, projektowałabym na niego własną wrogość i uważałabym, że mnie tłamsi.

Obecnie te same reakcje uważam jako neutralne lub wspierające

Obecnie uważam, że nikt mi nie przeszkadza w realizacji swojego pomysłu skoro mam warunki by tworzyć bazę treści i rozpoznawalność siebie jako osoby działającej w obszarze zdrowia psychicznego (blog i kanały socialmedia @higienamyslenia). Skoro mam warunki by studiować, skoro mąż i dziadkowie zajmują się dziećmi podczas moich zjazdów. Wszystko to uważam i interpretuję jako wsparcie mimo, że nie jest to wsparcie bezwarunkowe, bezgraniczne i entuzjastyczne i czasem wiąże się ze słowami dezaprobaty, trudnymi emocjami lub negatywnymi komentarzami.

Moi bliscy się nie zmienili i ilość otrzymywanego wsparcia się nie zmieniła. Zmieniło się wyłącznie moje zapotrzebowanie na rodzaj i rozmiar otrzymywanego z zewnątrz wsparcia. Obecnie jeśli ktoś mi nie przeszkadza, nie krytykuje nadmiernie i nie wymaga wprost bym zajmowała się czymś innym niż się zajmuję, uważam, że mnie wspiera. Moje oczekiwania stały się realistyczne, a ciężar odpowiedzialności za własne życie, wybory i decyzje przesunął się z zewnątrz do wewnątrz, z korzyścią dla wszystkich członków naszego systemu rodzinnego.

Nie wymagam od bliskich niemożliwego

Nie wymagam już od męża, żeby podzielał moje pasje, żeby odczuwał to co ja chcę, żeby odczuwał. Nie wymagam od męża (ani innych bliskich osób), żeby był entuzjastycznie nastawiony do mojego wyboru, który wiąże się dla niego z kosztami (np. utrata części wolnych weekendów, poświęcanie przeze mnie pieniędzy na moje osobiste kształcenie, a nie na nasze wspólne rodzinne przyjemności lub oszczędności itd).

Wystarczy mi, że ja widzę sens w tym co chcę robić, wystarczy mi, że ja wierzę, że idąc tą drogą korzyści dla nas wszystkich przewyższą koszty. Wystarczy mi, że bliscy umożliwiają mi robienie tego, co muszę zrobić, by zrealizować swoje cele i uważam, że mnie wspierają. Bezgranicznie wierzę, że mogę być dobrym psychoterapeutą i wiem, że nim będę i mój wysiłek i zainwestowany czas i pieniądze w zdobycie uprawnień do tego zawodu zwrócą się naszej rodzinie zarówno w sferze finansowej jak i w sferze emocjonalnej (spełniona zawodowo, zadowolona matka i żona zamiast zgorzkniałej i niezadowolonej matki i żony tkwiącej w pracy, która nie daje satysfakcji i spełnienia).

Dezaprobata i brak entuzjazmu, to nie brak miłości

Nie odbieram już dezaprobaty męża czy braku entuzjazmu dla moich wyborów edukacyjno-zawodowych jako braku miłości, ograniczania mnie czy ogólnie negatywnego podejścia do mojej osoby. W tym momencie jestem w stanie przyjąć i przetworzyć, że mąż może być negatywnie nastawiony do mojego wyboru zawodowego, ponieważ wiąże się on dla niego z dyskomfortem i kosztami osobistymi, ale jednocześnie może mnie nadal kochać i cenić jako swoją żonę i matkę swoich dzieci, może chcieć dalej ze mną spędzać życie.

Nie odbieram już negatywnych emocji męża wobec wycinka naszej wspólnej rzeczywistości jako zaprzeczenia całokształtowi naszej miłości, wspólnego doświadczenia, wspólnej przyszłości i naszej jedności jako pary.

Wcześniej tak uważałam, ponieważ nie byłam w stanie utrzymywać w głowie jednocześnie tego, że mężowi może się coś nie podobać i jednocześnie może cały czas mnie kochać. Umiejętność utrzymywania w głowie wielu wariantów i niuansów stanów psychicznych innych osób nazywa się zdolnością do mentalizowania. Ta zdolność dzieje się w korze przedczołowej i pochłania mnóstwo zasobów umysłowych i jest drastycznie zmniejszona pod wpływem wysokiego poziomu (zwłaszcza chronicznego) stresu. Dlatego najważniejszą rzeczą jaką można zrobić dla własnego zdrowia psychicznego, wydajności w pracy i funkcjonowania w życiu i relacjach jest obniżenie ogólnego poziomu stresu na co dzień, dzięki czemu odzyskamy wydajność własnych płatów przedczołowych, które są odpowiedzialne za zaawansowane operacje umysłowe dotyczące wyobrażania sobie uczuć i postaw innych ludzi, planowana długoterminowego i przewidywania konsekwencji własnych działań.

W dorosłym życiu na szacunek i aprobatę trzeba „zapracować”

Z czasem gdy powoli drepczę swoją ścieżką widzę też wzrost szacunku i aprobaty u mojego męża dla ścieżki jaką wybrałam. Gdy powiedziałam mężowi, że siadam do pisania, by dołożyć cegiełkę do swojego psychologicznego imperium w Internecie, mąż parsknął śmiechem. Gdy w odpowiedzi wyjaśniłam, że kontent sam się nie napisze i że chcę stworzyć bazę około 400-800 autorskich tekstów na tematy psychologiczne na blogu i mam już 80, zobaczyłam u niego zaskoczenie i rosnącą aprobatę.

Żądamy od bliskich (a czasem i dalszych) osób bezwarunkowej akceptacji dla tego co robimy, podczas gdy w rzeczywistości pragniemy bezwarunkowej miłości. Od narodzin jako ludzie zasługujemy na bezwarunkową miłość, jednak jest wiele domów, w której mogliśmy czuć się jej pozbawieni. Ten brak i frustrację związane z nieotrzymaniem bezwarunkowej miłości i akceptacji od bliskich gdy byliśmy dziećmi, niesiemy w sobie (zazwyczaj nieuświadomione) przez całe dorosłe życie i projektujemy je na dorosłe konteksty, oczekując bezwarunkowej i entuzjastycznej aprobaty swoich działań. Jest to niespełniona fantazja, o której dokładniej pisałam parę akapitów wyżej. Na aprobatę i akceptację swoich działań jako dorośli ludzie, zwykle musimy sobie zapracować. Udowodnić swoją wartość i determinację. Wraz z naszymi działaniami i konsekwentnym kroczeniem obraną ścieżką przychodzi akceptacja i aprobata z zewnątrz.

Bezwarunkowa miłość, to nie jest to samo co bezwarunkowa aprobata i entuzjastyczne pochlebstwa. Główną osobą, która jest odpowiedzialna za bezgraniczne wsparcie, aprobatę i entuzjazm jesteśmy my sami, nasz wewnętrzny rodzic, którego obowiązkiem jest opiekować się naszym wewnętrznym dzieckiem. Nie jest to nasz partner, rodzic, szef ani nasze dzieci. To my jesteśmy dorośli i naszą odpowiedzialnością jest wykształcić w sobie umiejętność wspierania samych siebie, by być niezależnym od kroplówki słów pochlebstwa i entuzjazmu z zewnątrz.

Jeśli odnalazłaś w tym wpisie coś pokrzepiającego dla siebie, cieszy mnie to bardzo. Jeśli chcesz być ze mną w bliższym kontakcie, zapraszam na mój Instagram @higienamyslenia i na inne platformy społecznościowe. Wszędzie nazywam się tak samo (@higienamyslenia). Jeśli myślisz, że ten materiał może okazać się wspierający i przydatny dla kogoś innego, prześlij go tej osobie.

Inne wpisy, które mogą Ci się spodobać:

Wewnętrzny krytyk czy wewnętrzny pochlebca?
Jak osłabić schemat Podatność na zranienie i zachorowanie
Jak osłabić schemat Nadmiernych Wymagań
Moje osobiste poszukiwanie satysfakcji zawodowej, a talenty Gallupa
Pełna kontrola impulsów? Dopiero po 25 roku życia
Dlaczego sięgamy po alkohol pomimo przykrych konsekwencji?

Autorem zdjęcia jest Zoltan Tasi, Unsplash